Emeryt Protazy postanowił pewnego dnia udać się na cmentarz. Znajdował się on niedaleko od jego domu, więc z dojściem nie byłoby problemu. Tymczasem Protazy uświadomił sobie, że nie był tam od paru miesięcy. Miał do siebie pretensję, że mimo bliskości cmentarza tyle czasu zwlekał z odwidzeniem grobów bliskich.
Ponieważ po drodze mógł spotkać różnych ludzi, uznał, że należy przywdziać swój reprezentacyjny strój wyjściowy, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę i niebieski krawat w zielone grochy oraz buty na skórzanych obcasach.
Wziął ze sobą pudełko zapałek, aby zapalić znicze i wolnym krokiem udał się w kierunku cmentarza.
Przy wejściu kupił znicze i zmierzał do grobu swych rodziców. Aby dotrzeć do niego, musiał pokonać pewien dystans wśród innych nagrobków.
Kroczył więc wolno aleją, rozglądając się na boki i czytając napisy na pomnikach. W pewnej chwili uwagę jego zwrócił długi tekst wykuty w granicie informujący o osiągnięciach osoby pochowanej w tym grobie. Czytał go z zaciekawieniem, gdy nagle za sobą usłyszał jakiś tajemniczy szmer. Przestraszył się nie na żarty, bo w pierwszym momencie pomyślał, że to może jakiś duch go straszy. Rozejrzał się dokoła i nic nie zauważył. Szmer jednak nadal dobiegał do jego uszu, co nie dawało mu spokoju. Przybliżył się do sąsiedniego grobu, na którym rosły paprocie i begonie.
Nagle dostrzegł, że w paprociach rusza się szczur ! Tego Protazy nie przewidział. Nawet do głowy mu nie przyszło, że w takim miejscu mogą być szczury. A jednak w ostatnim czasie informowano w lokalnej telewizji o przypadkach stwierdzenia obecności kilku tych gryzoni na cmentarzu. Prawdopodobnie informacji tej Protazy nie słyszał, bo mógł nie oglądać wtedy telewizji. Gdyby o tym wiedział, pewnie by tu nie przyszedł lub uzbroiłby się w jakieś środki obronne. A tak bezbronny emeryt mógł stać się ofiarą agresywnego gryzonia.
Uświadomił sobie grożące niebezpieczeństwo i mocno zestresowany oddalił się pospiesznie ku następnym grobom. W głowie powstały jednak myśli rodem z horroru. Oto w wyobraźni pojawiło się przed nim dziesięć grobów, na których siedziało po pięć szczurów. Szczerzyły do niego zęby, wymachując długimi ogonami. Zaczęły mówić do niego ludzkim głosem:
-Zapraszamy do nas, panie Protazy, może chce pan zostać członkiem naszej podziemnej organizacji. Mógłby pan, jak my, biegać sobie wśród pięknej, cmentarnej roślinności, delektując się nęcącymi aromatami i od czasu do czasu zanurkować do podziemnych korytarzy.
Protazego oblał zimny pot.
-A kysz, maro przeklęta, zgiń, przepadnij z moich oczu – wyszeptał przerażony. W tej samej chwili uświadomił sobie, że to tylko działała jego bujna wyobraźnia.
Z ostrożności jednak, by to nie stało się jawą, ruszył szybszym krokiem przed siebie, rozglądając się na boki, czy przypadkiem gdzieś nie czyha na niego kolejny szczur.
Nieco się zmęczył tym intensywnym marszem, więc postanowił chwilkę odsapnąć. Przy alei, którą szedł, obok jednego z grobów stała niewielka ławka. Usiadł na niej, by nieco odetchnąć i wyrównać przyspieszone tętno, które dramatycznie wzrosło po niespodziewanym spotkaniu ze szczurem.
Siedział tak sobie przed dobre pięć minut i nagle usłyszał nad głową szelest.
-No tego już za wiele – pomyślał – czyżby te obrzydliwe szczury chodziły po gałęziach ?
Podniósł głowę do góry i nagle wyraz jego twarzy krańcowo się zmienił. Jego oblicze pojaśniało, a usta wygięte w pałąk w przestrachu zmieniły swój kształt oznaczający pogodny uśmiech.
Okazało się, że tym domniemanym szczurem była niewinna wiewiórka, która zsunęła się po gałęziach tuż nad głowę Protazego, licząc na jakiś poczęstunek od emeryta. Widząc wdzięczne ruchy wiewiórki i jej błyszczące czarne oczka, zaczął poszukiwania w kieszeniach marynarki. W pewnej chwili poczuł, że w środku jednej z kieszeni coś się znajduje. Gdy wyjął to „coś”, okazało się, że są to dwa herbatniki, które kiedyś tu włożył i zapomniał o nich. Zdążyły już się na tyle zeschnąć, że przypominały bardziej suchary.
Protazy uznał jednak, że dla wiewiórki nie ma to żadnego znaczenia, bo ma twarde zęby, więc sobie bez problemu poradzi.
Położył więc herbatniki na skraju ławki i czekał na reakcję wiewiórki. Ta zeskoczyła na ławkę i już chciała chwycić jeden z herbatników, gdy nagle przed oczami Protazego u góry pojawił się jakiś wielki, czarny kształt.
-Nic, tylko jakiś diabeł mnie prześladuje na tym cmentarzu. To pewnie za karę, że tak dawno tu nie przychodziłem – pomyślał znów mocno przerażony emeryt.
Akurat wyszło zza chmur słońce, które oświetliło czarną sylwetkę, nadając jej jeszcze bardziej obszerne kształty.
Okazało się, że był to czarny kruk, który dostrzegł herbatniki na ławce i chciał ubiec wiewiórkę w pogoni za łatwym łupem.
Sfrunął nagle tuż przed zszokowanym Protazym, chwycił w dziób jeden z herbatników i odleciał. Na pocieszenie wiewiórce został drugi z herbatników, z czego ona skrzętnie skorzystała i zaraz znikła z nim w gęstych gałęziach.
Przestraszony nagłą inwazją kruka Protazy pod wpływem wzmożonych emocji znów zaczął mieć przerażające myśli. Oto pojawiły się przed nim trzy kruki. Jeden z nich, przeraźliwie kracząc, zaczął go ciągnąć dziobem za ucho, drugi za nos, a trzeci ciągnął go z wielką siłą pęk jego przerzedzonych włosów.
Wkrótce jednak Protazy powrócił do rzeczywistości. Wolał jednak oddalić się od pechowej ławki i ruszył w dalszą drogę. Dotarł wreszcie do grobu rodziców. Zapalił znicze, powspominał w milczeniu minione lata z nimi spędzone i po paru minutach zadumy udał się w drogę powrotną do wyjścia z cmentarza.
Szedł sobie już uspokojony obok wielu grobów, gdy nagle wzrok jego padł na duży napis na jednej z nagrobkowych płyt. Patrzy i widzi imię i nazwisko identyczne z jego danymi. To tak, jakby zobaczył swój własny grób. Tego już było za wiele, jak na zszarpane nerwy emeryta. Nawet nie pomyślał, że nie tylko on jeden tak się nazywa.
Protazy, ile sił w nogach, zaczął biec do cmentarnego wyjścia, aby zakończyć te wszystkie koszmary, jakie tu go spotkały.
-Jeszcze nie spieszę się na tamten świat – mówił do siebie, dysząc przy tym z wysiłku, jaki sprawiał bieg. Po mniej więcej stu metrach poczuł, że na tym kończą się jego sportowe możliwości i zmienił rodzaj przemieszczania się. Jego bieg przechodził stopniowo w trucht aż w końcu w stan wolnego chodu jako efekt nadmiernego wysiłku.
Do bramy wyjściowej miał może z pięćdziesiąt metrów, gdy znów usłyszał dźwięk, który wyrwał go z zamyśleń. Było to miauczenie kota dochodzące zza grobu.
-To już przechodzi ludzkie pojęcie – pomyślał Protazy, jeszcze i koty tu się błąkają. Okazało się, że jest to kot dozorcy cmentarza, który codziennie poznawał nowe zakątki nekropolii, chodząc po coraz to innych grobach i zaroślach.
Wyraźnie zmęczony Protazy powrócił do domu. Opadł bezwładnie na fotelu, dziwiąc się, że tyle razy był na cmentarzu, ale pierwszy raz zdarzyło mu się, by spotkać taki zwierzyniec.