Od czasu do czasu emeryt Protazy miewał różne pomysły, które pozwalały mu na małe zmiany w swym stałym, konsekwentnie realizowanym programie dnia codziennego.

Kolejna szansa takiej zmiany pojawiła się pewnego wieczoru, kiedy Protazy oglądał program telewizyjny. Akurat przypadkowo przełączył na kanał, na którym pokazywano przyrządzenie różnych potraw. Uwagę jego zwróciły wypieki małych ciasteczek. Do ich przyrządzenia nie potrzeba było wielu skomplikowanych i drogich składników. Wystarczyły dwa jajka, trochę mąki, cukru i pół szklanki mleka. Przepis ten tak zafascynował Protazego, że postanowił się wcielić w rolę kucharza.

Nazajutrz udał się niezwłocznie do pobliskiego sklepu w celu dokonania niezbędnych zakupów. Pani kasjerka była nieco zdziwiona skalą zakupów emeryta. Znała go z widzenia, bo Protazy często bywał w tym sklepie, ale raczej kojarzono go z zakupem pieczywa i dżemu morelowego. Pani kasjerka wykazała się jednak dyplomacją i nie zapytała emeryta, co jest przyczyną takich nietypowych zakupów.

Po dokonaniu zapłaty Protazy powrócił do domu i pełen zapału zabrał się za przyrządzanie ciasta do wyrobu ciasteczek. Oczywiście, uprzednio poczynił niezbędne przygotowania. Oglądając program telewizyjny poprzedniego dnia, dokładnie zapisał sobie cały przepis kulinarny. Teraz położył na stole w kuchni niezbędne notatki i co chwila spoglądał na nie, aby się upewnić, czy właściwie postępuje.

Po zmieszaniu wszystkich składników Protazemu udało się szczęśliwie uzyskać właściwą konsystencję ciasta, które teraz zaczął rozwałkowywać na placek. Było to możliwe dzięki znalezieniu wałka, który od trzydziestu lat tkwił nieużywany w zakamarkach szafki. Z placka wykrawał nożem rożne kształty przyszłych ciasteczek. Ostatnim etapem było ułożenie gotowych kawałków ciasta na blasze i włożenie ich do piekarnika kuchenki.

Ponieważ urządzenie to miało prawie dwadzieścia lat i przez ten cały czas emeryt nie korzystał z niego, należało sprawdzić, w jakim jest stanie.

Przezorny Protazy oczywiście o tym pamiętał. Przetarł szmatką zakurzone nieco wnętrze i z wiarą w uzyskanie perfekcyjnego wyrobu włożył blachę pełną wykrojonych kawałków ciasta o różnych kształtach do wnętrza piekarnika.

Włączył kuchenkę do prądu i teraz pozostawało mu czekać jakieś pół godziny do momentu, gdy wypiek będzie gotowy.

Protazy przeszedł do pokoju i zagłębił się w sowim tradycyjnym, nie najnowszym już, fotelu. Wyobrażał już sobie smak gotowych ciasteczek, którego spodziewał się doświadczyć podczas inauguracyjnej degustacji. Siedząc w fotelu, patrzył w sufit, czując potęgujące się poczucie relaksu i rozluźnienia nerwowego.

Przed oczami pojawiały się coraz bardziej fantazyjne wizje. Oto ciasteczka wyfruwały na małych skrzydełkach z kuchenki przez okno w powietrze, Protazy, też na skrzydłach, unosił się lekko do góry, chcąc złapać choć jedno ciasteczko. Niestety, przy próbie dotknięcia odskakiwały one od rąk emeryta, który daremnie czynił rozpaczliwe starania, aby spróbować choć jedno z nich. Nagle obok niego pojawiły się dzikie gęsi, Leciały długim kluczem wprost na wirujące w powietrzu ciasteczka. Każda z nich otwierała dziób, a ciasteczka posłusznie wpadały im do wnętrza. Protazy postanowił więc zastosować taktykę gęsi. Otwierał też szeroko usta, ale, niewiadomo dlaczego. Ciasteczka unikały kontaktu z nim. Pojawiły się po chwili bociany. Z głośnym klekotem łykały w locie ciasteczka, które, tak jak w przypadku gęsie, grzecznie wpadały do ptasich przełyków. Co więcej, mimo połykania ich przez ptaki, pojawiały się coraz nowe ciasteczka. Protazy denerwował się coraz bardziej, bo nie mógł zrozumieć krzywdzącego go zrządzenia losu. Dlaczego on, który tak pracowicie przygotowywał ciasto do wypieku, nie ma możliwości spróbowania choć najmniejszego kawałka ?

Protazy zaczął już wewnętrznie buntować się przeciwko tak oczywistej niesprawiedliwości, gdy nagle zorientował się, że nie płynie w obłokach, ale siedzi w swym fotelu otoczony chmurą gęstego dymu, przez którą widzi na balkonie stojącego strażaka. Emeryt poderwał się na równe nogi, nie widząc, co się stało. Skąd tyle dymu i co robi ten tajemniczy strażak na balkonie. W tym samym momencie z kuchni do pokoju wszedł drugi strażak, który rzekła do tego stojącego na balkonie:

– No, ogień już ugaszony. W ostatniej chwili zdążyliśmy, bo inaczej całe mieszkanie poszłoby z dymem. W rzednących oparach, które ulatywały z mieszkania przez otwarte drzwi balkonowe, strażak dostrzegł stojącego przy fotelu przerażonego Protazego i zaraz go uświadomił:

– Proszę pana, wypieków trzeba pilnować, a nie drzemać w fotelu. Zasnął pan, a pana wypieki spiekły się na węgiel. Gęsty dym zaczął wydzielać się na korytarz i tylko dzięki czujności sąsiadów zostaliśmy powiadomieni, że coś się dzieje w pana w mieszkaniu. Dobrze, że drzwi od balkonu były uchylone, bo inaczej musielibyśmy wyważyć drzwi od pana mieszkania. Tak pan spał, że nie słyszał dzwonka od drzwi. Musieliśmy wchodzić przez balkon. Spowodował pan poważne zagrożenie bezpieczeństwa mieszkańców i jesteśmy zmuszeni zgłosić tę sprawę do straży miejskiej, która prawdopodobnie skieruje sprawę na kolegium.

Strażacy zakończyli po paru minutach swoje działania i opuścili mieszkanie Protazego.

Emeryt, dusząc się resztkami dymu i pokasłując, zbliżył się do drzwi mieszkania i zerknął przez wizjer. Na korytarzu zobaczył grupę lokatorów, którzy wraz z dozorcą dyskutowali o tym, co się stało. Świadom swojej winy Protazy delikatnie oddalił się od drzwi, nie chcąc narazić się na bezpośredni kontakt ze współmieszkańcami. Przeszedł do kuchni, aby zobaczyć efekty swej działalności.

Ujrzał otwarty piekarnik, w którym tkwiła wysunięta lekko do przodu blacha. Na niej leżały, jak czarne węgielki, jego misternie przygotowane ciasteczka. Piekarnik praktycznie nie nadawał się do użytku. Emeryt nie zamierzał jednak wymieniać kuchenki, bo uznał, ze jej część gazowa jest nienaruszona i może ją użytkować. Najwyżej nie będzie już podejmował swych piekarniczych prób. Jakby przeczuwając, że zwęglone ciasteczka na coś się przydadzą, Protazy zapakował je do dużej papierowej torby, którą chował w kuchennej szafce.

Po kilku dniach znalazł w swej skrzynce pocztowej urzędowe pismo. Było to wezwanie ze straży miejskiej do stawienia się w celu złożenia wyjaśnień związanych z zaistniałym pożarem.

W celu wywarcia dobrego wrażenia na strażnikach wyjął swój tradycyjny strój wyjściowy, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę, niebieski krawat w zielone grochy i buty na skórzanym obcasie. Wziął jeszcze ze sobą papierową torbę pełną zwęglonych ciasteczek i udał się do siedziby straży miejskiej.

Zapukał nieśmiało do pokoju komendanta i wszedł przygarbiony niepewnym korkiem do środka, jakby był świadomy roli, w jakiej za chwilę będzie występował.

– A pan w jakiej sprawie ? – spytał głośno komendant.

Protazy nic nie mówiąc, podał komendantowi pismo, jakie znalazł w skrzynce.

– To pan jest tym podpalaczem ! – srogim głosem zawyrokował komendant.

– Ależ skąd, panie komendancie, to był przypadek. Po prostu piekłem ciasteczka i usnąłem w fotelu. Nie wyłączyłem piekarnika na czas i stąd to całe zamieszanie – tłumaczył się emeryt.

Zamieszanie ? – oburzył się komendant – pan to nazywa zamieszaniem ? Przecież to lekkomyślne działanie stwarzające zagrożenie nie tylko dla pana, ale i całego bloku. Czy pan sobie zdaje sprawę, jakie mogły być konsekwencje pana wyczynów, gdyby nie czujność sąsiadów i interwencja straży pożarnej ?

– Tak, wiem – skruszonym głosem odezwał się Protazy. Ja tylko chciałem tylko wypróbować przepis na ciasteczka, który usłyszałem w telewizji. Zresztą mam je przy sobie. Może pan zechce spróbować.

Komendant zajrzał do środka torebki i omal nie dostał zawału. Twarz zrobiła mu się czerwona, a w oczach pojawił się dziki blask wściekłości.

– Co mi pan tu daje ? – krzyknął do emeryta. – węglem mnie pan częstuje !

– Chce mnie pan otruć ? – dramatycznym tonem kontynuował wypowiedź komendant. Niech pan to zaraz zabiera z mojego biurka !

Protazy posłusznie schwycił torebkę ze zwęglonymi ciasteczkami i chował ją, trzymając za sobą. Chcąc udobruchać komendanta, tłumaczył się:

– Panie komendancie, chciałem, żeby pan przekonał się, że miałem dobre zamiary i rzeczywiście piekłem ciasteczka. A że się spiekły, to już sprawa przypadku.

– Obawiam się że ten przypadek będzie pana sporo kosztował – odrzekł komendant. Nie dość, że spowodował pan pożar, to jeszcze usiłuje pan otruć komendanta straży miejskiej. To już nosi znamiona czynu kryminalnego.

Protazy zgarbił się jeszcze bardziej w pełnym pokory ukłonie i drżącym głosem wydusił z siebie parę słów w tej beznadziejnej dla niego sytuacji:

– Przecież mówiłem, że nie chciałem nikogo otruć….

Komendant chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie na jego biurku zadzwonił telefon.

Komendant podniósł słuchawkę i w miarę upływu czasu twarz jego przyjmowała coraz bardziej pogodny wyraz:

– Naprawdę ? Kiedy to się stało ? Dziś w nocy ? A ile waży? Czy wysoki ?

Pytania zadawane do słuchawki przez komendanta były dla Protazego mocno tajemnicze i niezrozumiałe.

Komendant zakończył rozmowę i po chwili wszystko stało się jasne.

– Miałem telefon ze szpitala. Od paru godzin jestem ojcem. Urodził mi się syn –rzekł rozradowanym głosem.

Protazy wyczuł, że nadeszła dobra chwila, aby zmienić klimat rozmowy.

– Serdecznie gratuluję, panie komendancie – przymilał się emeryt.

– Z tej okazji daruję panu to przewinienie. Ale nich pan nie planuje już dalszych wypieków, bo ja też na razie nie planuję następnego dziecka – rzekł z uśmiechem komendant.

Protazy wziął głęboki oddech i z torbą pełną zwęglonych ciasteczek wyszedł z budynku straży. Nawet nie zauważył, że ściska je odruchowo w ręku, mimo że pożytku z nich raczej mieć nie będzie.