Po wizycie u fryzjera emeryt Protazy stanął przed poważnym wyzwaniem. Oto zagorzały domator musiał opuścić swe zaciszne mieszkanko i udać się w nieznane, by szukać nowych wrażeń.

Prawdę powiedziawszy, wcale ich nie pragnął, ale nie wypadało odrzucić prośby swojego bratanka. Wacuś zawsze go lubił, więc Protazy starał się mu odwdzięczyć. Postanowił przyjąć jego zaproszenie na wesele, choć zrobił to bez entuzjazmu.

Pierwszym etapem tej ryzykownej eskapady było kupno biletu kolejowego. Sprawa niby prosta, jeśli wiadomo, dokąd się jedzie. Miejscowość, gdzie miał się odbyć ślub, nie wydawała się popularna. Protazy miał poważne obawy, że wprawi panią kasjerkę na dworu z duże zakłopotanie,

Samymi myślami sprawy się jednak nie załatwi. Rozumiał to dobrze i kolejnego dnia o świcie zaczął przygotowania do wyprawy na dworzec. Po spożyciu śniadania, w którym głównym artykułem był oczywiście dżem morelowy, emeryt przywdział swe wyjściowe ubranie, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę, niebieski krawat w zielone grochy i buty na skórzanym obcasie. Po tych wstępnych przygotowaniach Protazy z duszą na ramieniu udał się na pobliski przystanek tramwajowy, aby pojechać na dworzec kolejowy.

Po osiągnięciu celu swojej podróży emeryt skierował kroki do kasy biletowej. Gdy podał nazwę stacji docelowej, pani kasjerka, czego obawiał się Protazy, popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem.

– Przepraszam pana, ale muszę sprawdzić w komputerze, czy do tej miejscowości docierają pociągi. – stwierdziła mocno zakłopotana.

Po chwili stwierdziła:

– Tak, faktycznie dojeżdża tam pociąg, ale tylko raz na dobę. Żeby tam dojechać, musi pan wyruszyć nocnym pociągiem, a potem przesiąść się na lokalny pociąg, który raz na dobę tam dojeżdża.

Cóż innego pozostawało zdenerwowanemu emerytowi ? Nie miał innego wyboru. Kupił więc ten nieszczęsny bilet kolejowy z przesiadką do tego nieznanego celu podróży.

Powrócił do domu, ale czuł się całkowicie wyprowadzony z równowagi. Uświadomił sobie, że wyjazd musiał nastąpić już tego samego dnia późnym wieczorem. Z niesmakiem pomyślał, że zamiast zatopić się w ciepełku swojego lóżka i czekać na zaśnięcie, będzie zmuszony wyjść w ciemności ze swego mieszkania i skierować się na dworzec.

Był tak pogrążony nieustannymi myślami o czekających go przeżyciach, że nie zauważył, jak szybko minął dzień.

Gdy zrobiło się ciemno, Protazy spojrzał na zegarek i z westchnieniem rzekł do siebie:

– Tak, niestety, godzina początku mojej wyprawy już nadeszła.

Emeryt z wrażenia przebywał w domu w wyjściowym ubraniu, więc już nie musiał się przebierać. Sprawdził tylko, czy w marynarce miał bilet kolejowy i kopertę z prezentem ślubnym. Wziął jeszcze niewielką teczkę z przyborami toaletowymi i z ciężkim sercem wyszedł z domu, rozpoczynając swą wyprawę w nieznane. Początek wydawał się być obiecujący. Bez kłopotów dotarł do dworca, znalazł pociąg, który już stał przy peronie.

Oczywiście z oszczędności nie kupił biletu w wagonie sypialnym, lecz w normalnym wagonie drugiej klasy z miejscami siedzącymi. Ludzi było niewiele. W jego przedziale razem z nim znalazł się tylko jeden starszy pan, który zaraz owinął się cienkim płaszczem i zasnął. Protazy ani myślał robić to samo. Przecież wiózł ze sobą bezcenną kopertę z pieniężnym prezentem dla pary młodej. Musiał więc być czujny. Wkrótce pociąg ruszył. Jednostajny stukot kół powodował stopniowo coraz większe poczucie ciężkości powiek, które coraz częściej opadały i otwierały się na przemian w miarę, jak Protazy walczył z narastającą potrzebą snu. Udało mu się kilka razy.

Gdy kolejny raz otworzył oczy, spojrzał zdumiony przez okno przedziału. Na zewnątrz było jasno, nocna ciemność znikła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jego towarzysza podróży już nie było, Pozostał sam i nie bardzo wiedział, gdzie się znajduje. W pierwszym odruchu Protazy sięgnął do kieszeni marynarki, żeby upewnić się, czy koperta ze ślubnym prezentem i bilet kolejowy są na miejscu. Na szczęście były. Emeryt szybko się zorientował, że zapadł w sen i nie mógł kontrolować ani zawartości marynarki, ani trasy przejazdu.

Co gorsza, spoglądając przez okno, dostrzegł dziwne napisy w nieznanym mu języku: Bahnhof, Gleis, Bahnsteig.

– Gdzie ja jestem ? – zastanawiał się Protazy – przecież miałem przesiadkę. Nigdzie się nie przesiadałem, a wylądowałem chyba za granicą. Musiałem zaspać i przejechałem stację, na której miałem wysiąść.

Próby odtworzenia z pamięci wydarzeń z minionej nocy przerwał nagle konduktor, który otworzył drzwi do przedziału:

– Dzień dobry panu. Przykro mi, ale to końcowa stacja. Pociąg dalej nie jedzie. A pan to dokąd zamierzał się udać ?

Protazy speszony informacją konduktora nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Pokazał tylko swój bilet.

– O. proszę pana – rzekł konduktor. Powinien pan wysiąść już dwie godziny temu. Pewnie pan zbyt twardo spał, bo nawet nie wiedział, że pana stacja już dawno została za nami. Ten bilet jest jednak nieważny i będę musiał panu naliczyć karę.

– Ależ pani konduktorze – kajał się Protazy – przecież nie zasnąłem specjalnie. Miałem wczoraj ciężki dzień i zmęczenie spowodowało, że zaspałem. A poza tym udaję się na ślub swego bratanka.

– Oj, boję się, że może pan nie zdążyć – kontynuował dialog konduktor – jesteśmy aktualnie za granicą i musi pan pojechać z powrotem, aby wysiąść na właściwej stacji. Pociąg w powrotną stronę odjeżdża za godzinę. Jeśli doliczymy do tego dwie godziny jazdy, to już za trzy godziny będzie pan na właściwej stacji. Ostatecznie mogę panu darować tę karę, ale bilet w powrotną drogę to już musi sobie sam kupić. Proszę opuścić pociąg.

Oszołomiony Protazy chwycił swą niewielką teczkę z przyborami toaletowymi i ciężkim krokiem wyszedł na peron.

Znów zaczął rozmawiać sam ze sobą:

– No tak, muszę kupić bilet, tylko gdzie i jak ? Przecież jestem za granicą i nie znam języka.

Nie mając innego wyjścia, emeryt zszedł po schodach, które prowadziły do długiego korytarza. Na jego końcu znajdowała się hala kasowa. Zobaczył tam kilka napisów o tej samej treści: Fahrkartenschalter.

Protazy wpadł w panikę:

– A co to znaczy ? Po co takie długie wyrazy w tych napisach ? I to takie, że ich w ogóle nie można przeczytać, a co dopiero wypowiedzieć ?

Życiowe doświadczenie, które nie raz wyplątywało go z kłopotliwych sytuacji, okazało się i tym razem niezawodnym środkiem. Jak zawsze w sytuacjach kłopotliwych Protazy zastosował sprawdzoną taktykę obserwacji i wyczekiwania. Stanął więc z boku i wkrótce się zorientował, że te okienka z niezrozumiałym napisem to po prostu kasy biletowe. Ludzie tam podchodzili, a po paru momentach odchodzili, trzymając triumfalnie w rękach zakupione tam bilety. Zachęcony tym Protazy stanął w kolejce i cierpliwie czekał.

Gdy stanął oko w oko z kasjerką, zaczęły się prawdziwe problemy.

– Was wollen Sie ? – usłyszał nagle obcy tekst.

Zszokowany i zaskoczony Protazy wykonał jedyny ruch, jaki mu przyszedł do głowy. Pokazał kasjerce swój bilet, a na nim wskazał palcem miejscowość, do której chciał jechać.

– Gut – usłyszał w odpowiedzi – Sie bezahlen 7 Euro.

To znów zbiło z nóg emeryta. Nie bardzo wiedział, co to znaczy. Co prawda, kasjerka zorientowała się, że ma do czynienia z cudzoziemcem i na palcach pokazał mu cyfrę „siedem”, ale to euro wydawało się Protazemu dość obce.

– Jakie euro ? Przecież ja mam tylko złotówki ! – mruknął do siebie i w desperacji podał kasjerce banknot pięćdziesięciozłotowy.

– Nein – odpowiedziała kasjerka – es ist kein Euro.

Protazy poczuł, jakby ktoś go zakuł w kajdanki i prowadził na posterunek policji, jak jakiegoś przestępcę nielegalnie handlującego obcą walutą.

Z kłopotu wybawił go nagle rodak, który stal za nim w kolejce.

– Pewnie nie ma pan euro – zagadnął w zrozumiałym dla emeryta języku.

– No nie mam – odpowiedział uradowany Protazy, że spotkał bratnią duszę.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział rodak – ja za pana zapłacę w euro, a pan mi zwróci w złotówkach.

Rodak szybko uregulował należność, dał bilet Protazemu i oświadczył:

– Jest mi pan winien 70 złotych.

Protazy może nie miał do czynienia z obcymi walutami, ale na tyle znal kurs euro, że szybko sobie przeliczył. Wychodziło na to, że rodak życzy sobie 10 złotych za euro.

Gdy Protazy zwrócił mu na to uwagę, rodak szczerze mu wyznał:

– Proszę pana, wybawiłem pana z kłopotu, to jest tylko mała prowizja za usługę, jaką panu wyświadczyłem. Uważam, że wyciągnąłem pana z opresji, bo widziałem, że znalazł się pan w niewesołej sytuacji.

Protazy zdał sobie w tym momencie sprawę, że faktycznie dzięki temu człowiekowi uniknął dalszych kłopotów i uznał swoją uwagę na temat kursu jako niestosowną. Zapłacił więc żądane 70 złotych, ale dzięki temu uzyskał jeszcze od niego informację, z którego peronu odjeżdża pociąg. Samemu z biletu trudno mu byłoby to odczytać.

Protazy udał się więc na właściwy peron i po upływie godziny zmierzał w powrotnym kierunku, Optymizm jego gwałtownie zmalał, gdy uświadomił sobie, że zanim doczeka się pociągu, do którego ma się przesiąść, to przyjedzie już po ślubie i po weselu.

Pocieszał się tylko, że może zdąży na poprawiny.