Był taki rok w Szczawnicy, w którym wiosną często padały deszcze o szczególnej zawartości dżdżu. Lato zaczęło się suszą ożywiającą szemrzące w szuwarach trzmiele.
Sprzyjało to również drastycznemu wzrostowi ślimaków – smakoszów szczawnickiego szczawiu. Ten także rozrósł się ponad najśmielsze oczekiwania, szumiąc szczerozielonymi liśćmi nad szemrzącymi wśród smreków srebrnymi potokami, Ślimaki osiągnęły zastraszające rozmiary przerastające wyobrażenia przeciętnego szczawniczanina.
Pełzające po szczawnickim bruku z wyciosanych granitowych sześcianów monstrualne stwory sześciometrowej długości sparaliżowały życie strwożonych mieszkańców i turystycznych sublokatorów. Ślimaki sunęły majestatycznie, szukając skwapliwie smacznej strawy, jaką były soczyste, szarawo-zielone, szerokie, lecz smukłe niby sztylety szczawiowe przysmaki. Przemarsz tych potężnych potworów powodował przestrach i panikę na całej przestrzeni Szczawnicy.
Sześciometrowe stwory zsuwały się po zarośniętych zboczach zalegających stoki pobliskich potoków. Inwazja rozjuszonych ślimaczych żarłoków zakłócała dotychczas wiszącą w powietrzu bezszelestną ciszę. Pogoń przeogromnych stworzeń za szczawnickim szczawiem powodowała paniczną reakcję innych zwierząt trwożliwie skrywających swe skulone sylwetki w zacisznych zakamarkach.
W szalonym tempie szukano skutecznego sposobu usunięcia uporczywie napierających bezpardonowo wynaturzonych stworzeń. Trwały tytaniczne wysiłki w celu zniszczenia horrendalnej hordy chamskich mięczaków, którymi były tylko z nazwy.
Ulice opustoszały, gdyż zajęte przez agresywnych ślimakowych okupantów nie dawały nikomu nadziei na wyjście z zacisznych pomieszczeń. Takie trwanie tego stanu mogłoby doprowadzić do tragedii.

Przypadek zrządził, że szybko znaleziono zasadniczo proste rozwiązanie. Pewnego dnia przelatywał nad szczawnickimi zagonami szczawiu czarnopióry bocian, czarujący ciepłym, cierpliwym usposobieniem. W dziobie trzymał szczyptę szczawianowej soli, którą nieopatrznie wypuścił z dzioba. Ta nieoczekiwanie spadła na sunącego właśnie ślimaka. Wywołała u niego systematyczne swędzenie, Spanikowany ślimak szalał, ocierając pokryte szarawym śluzem śliskie ciało o surowe sęki ściętych sosen. Nic to nie dało.
Ludzie szybko spostrzegli skuteczny sposób zgładzenia szatańskich ślimaków.
Zgromadzili zdumiewające zapasy soli szczawianowej i obficie posypywali śluzowate szaty ślimaków. Te wiły się, jak węże, wytężając wszelkie siły w walce z uporczywym swędzeniem.
Szukając skutecznego sposobu odsolenia sfatygowanych ciał, wsunęły się wszystkie do zasobnego w ociosane przez przyrodę granity Grajcarka, Liczyły, że szczawnicka woda zneutralizuje szkodliwe działanie szczawianów.
Niestety, nieświadome swych możliwości ślimaki nie umiały pływać. Potopiły się wszystkie pomału, a ich bezwładne, znieruchomiałe korpusy poniosły wzburzone wody Grajcarka ku większym otchłaniom zasobniejszych akwenów.

Morał z tej bajki płynie teraz,
W takim dwuwierszu się zawiera:
I kolosowi przez przypadek
Też może zdarzyć się upadek.