1.
W rzece o nazwie bez znaczenia
Żył raz łakomy sum Celestyn,
Szukał coś zawsze do jedzenia
I w tym zatracał się bez reszty.

2.
Gdzie się nie ruszył, to otwierał
Paszczę ogromną niby bramę,
Przez nią pochłaniał i pożerał
Wszystko, co znane i nieznane.

3.
Nie zważał sum ten wcale na to,
Czy jadł rośliny, czy zwierzęta,
Mógł być pomidor wraz z sałatą,
Pokrzywa, plotka albo mięta.

4.
Inne go ryby unikały
I odpływały w drugą stronę,
Bo przez apetyt niebywały
Przez suma mogły być zjedzone.

5.
Gdy tylko sum gdzieś się pojawił,
Zaraz zrobiło się bezrybie,
On tak łapczywie wszystko trawił,
Że wszystkich połknąłby niechybnie,

6.
Płotki, okonie i szczupaki
Mieć się musiały na baczności,
Dla suma były to przysmaki,
Dla nich nie powód do radości.

7.
Raz się do rzeki zbliżył zając,
Chciał się po prostu napić wody,
Sum nagle, się nie namyślając,
Wyskoczył, swą łykając zdobycz.

8.
Kiedyś po rzece płynął wianek
Utkany z polnej roślinności,
Sum nim ubarwił swój poranek,
Łykając zaraz go w całości.

9.
Nie jadał tylko swoich braci,
Takich, jak on, też innych sumów,
Nie chcieli, aby się zatracił,
Więc przemawiali do rozumu:

10.
„Pohamuj swoje to łakomstwo,
Nasz drogi bracie Celestynie,
Gdy będziesz łykał tak beztrosko,
Od przejedzenia kiedyś zginiesz.

11.
Wszyscy się boją twych ataków,
Znikają zaraz rybie stada,
Jako wielbiciel wszelkich smaków
Myślą, że możesz ich pozjadać”.

12.
W dal uciekają brzany, karpie,
Z nimi jesiotry oraz leszcze,
Sądzą, że zaraz ich rozszarpiesz
Lub coś gorszego zrobisz jeszcze.

13.
Celestyn na te ostrzeżenia
Był absolutnie obojętny,
Bo jego zapał do jedzenia
Osiągnął poziom nieprzeciętny.

14.
Sumów zebrała się rodzina,
Aby uradzić, co też począć,
Jak pohamować Celestyna,
Który zajada tak ochoczo.

15.
A on tymczasem rósł dość szybko
I wymiar już osiągnął spory,
Kiedyś był małą, rzeczną rybką,
Teraz jest prawie, jak wieloryb.

16.
Długi już chyba na dwa metry,
Ciało w obwodzie też przyrasta,
Z nim także rosną wszystkie płetwy,
Dla niego okres tycia nastał.

17.
Radziły także inne ryby,
Jak tu bez strachu w rzece płynąć,
By nie wpaść w suma groźne tryby
I przez łakomstwo jego zginąć

18.
Najpierw głos zabrał karp sędziwy,
Co żył tu w rzece lat niemało:
„By ktoś z nas tu pozostał żywy,
Trzeba sumowe związać ciało”.

19.
„Lecz jak to zrobić ?” – rzekł lin wiotki,
Mały, drobniutki, jak pętelka,
Tak też pytały wszystkie płotki:
„Przecież ten sum – to masa wielka”.

20.
Karp się zadumał, wydął skrzela:
„Trudno wynaleźć coś od razu,
Lecz coś wymyślę nim niedziela
Nam się pojawi w kalendarzu”.

21.
Na to glos zabrał szczupak zwinny:
„Czekać nie można do niedzieli,
Zostały tylko nam godziny,
Byśmy decyzję tu podjęli”.

22.
Poparły zaraz go dwa leszcze:
„Trzeba nam wspólnie szyki zwierać,
Gdy nie zewrzemy, to on jeszcze
Wszystkich tu w rzece nas pozżera”.

23.
Radzą też mądre trzy karasie,
Bo wreszcie mogły dojść do słowa:
„Trzeba by było w krótkim czasie
Tamę na rzece wybudować.

24,
Gdy odgrodzimy się tą tamą,
Sum jej na pewno nie przeskoczy,
Bo nie da rady jego ciało,
By z nas uczynić smaczną zdobycz”.

25.
Lecz zaraz okoń studzi zapał:
„Pomyślcie sobie trochę sami,
Prędzej by każdy się zasapał,
Nie można tamy wznieść płetwami.

26.
Koncepcja ta jest jednak dobra,
Trzeba, by kogoś tylko prosić,
Chociażby i sąsiada bobra,
Który na codzień tamy wznosi.

27.
Płyną więc wszystkie ryby razem
Tam, gdzie bóbr swoje ma żeremia,
By go poprosić, czy też czasem
Zechciałby spełnić ich życzenia.

28.
Tamę zbudować taką szczelną
I uzbrojoną wzdłuż wikliną,
Żeby żarłoczny sum na pewno
Przez tamę wcale nie przepłynął.

29.
Znaczącej swojej roli pomny
Bóbr już do pracy się zabiera,
Gdy dnia pewnego huk ogromny
Z rzeki w powietrze, jak grom, strzela.

30.
Ryby na dobre się spłoszyły,
Kryjąc się wszystkie w rzece głębi,
Lecz zaraz wspólnie zwarły siły,
Patrząc, co tam się w wodzie kłębi.

31.
Tu okazało się po chwili,
Co to za huku jest przyczyna,
Gdy wszystkie ryby się zjawiły,
Szczątki ujrzały Celestyna.

32.
Sum z przejedzenia pękł, jak balon
Albo jak szyba zbita w oknie,
Łakomstwo było jego wadą,
To go zgubiło bezpowrotnie.

33.
Tak to się zwykle kończy właśnie,
Jeśli nie myśli wcale głowa,
Największe nawet światło zgaśnie,
Gdy się umiaru nie zachowa.