Dziś opowiem o Czesławie,
Który mieszkał sobie w stawie.
„Czemu właśnie tam ? – spytacie –
A nie w wielkiej, leśnej chacie ?”.
Powód tego oczywisty:
Czesław lubił grunt błotnisty,
Jak zwierzęta inne takie,
Był po prostu zwykłym rakiem.
Miał on jednak umiejętność,
Co go wzniosła nad przeciętność:
Od młodości w raków stawce
Był najlepszym w stawie krawcem.
Nigdy wcale się nie wzbraniał,
By wspaniałe szyć ubrania,
A materiał ciął szczypcami,
Jak ostrymi nożycami,
Zaś odnóża jego szybko
Zawładnęły igłą z nitką.
Czy na wiosnę, czy to lecie,
Gdy na łąkach kwitło kwiecie,
On w swym stawie z roślinności
Różne tworzył wspaniałości:
To w liściaste modne fraki
Przyozdabiał inne raki,
To znów w płaszcze wąskie w pasie
Mogły ubrać się karasie,
A w serdakach wodne tonie
Przemierzały wciąż okonie.
Szył koszulki ze stokrotek
Dla młodziutkich, zwinnych płotek,
A w zielone z ziół kubraki
Umiał ubrać też szczupaki.
Nawet i pająki wodne
Przyozdabiał w stroje modne.
W stawie zatem rosła sława
Żyjącego tam Czesława.
Gdy już zmęczył się tym szyciem,
W błocie się zanurzał skrycie,
Aby w grząskim dniem tajemnym
Zaznać wreszcie marzeń sennych.
Raz się wieść rozniosła w stawie,
Że dziać może się ciekawie,
Bo przy brzegu od dąbrowy
Bal wnet będzie kostiumowy.
W stawie ruch się wzmaga dziki,
Wszyscy płyną na wyścigi
Tam, gdzie w błocie mocno płynnym
Siedzi sobie krawiec słynny.
Krzyczy jedne przez drugiego:
„Pragnę stroju najlepszego,
Spełnij prośby te łaskawie,
Drogi wszystkim nam Czesławie”.
Pierwsze się zbliżają płotki,
Wąskie i o ciałach wiotkich,
Przecisnęły się przez tłumy,
Drobne, ale pełne dumy.
Chciały inne rybie roje
Modnym zaszokować strojem.
Zaraz po nich aż się łasi
Stu czerwonych rząd karasi
I już krzyczą do Czesława:
„Każdy z nas mieć musi krawat !”.
Tłuste karpie tam żyjące
Życzą sobie swetry lśniące,
Zaraz po nich chcą szczupaki,
By im uszyć spodnie w maki,
Okazałe dość okonie
Chciały spodnie w złotym tonie,
A na koniec prosto do dna
Mknie ropucha dość dorodna,
On też chce się pokazać,
Choć urodą nie poraża,
Ale liczy, że rak umie
Skryć urody brak w kostiumie.
Czesław wpadł w zakłopotanie,
Ale przyjął to wyzwanie.
Żeby, będąc w krawca roli,
W stawie wszystkich zadowolić.
Zaraz zabrał się do pracy,
Chodził wspak swym krokiem raczym,

Nie za szybko, wręcz pomału,
Poszukując materiału.
Zebrał liści różnych sporo,
Igły z sosny wczesną porą,
Od pająków z pajęczyny
Dostał nici trzy tuziny.
Czesław z błota się wygrzebał
I pracował tak, jak trzeba.
Nie minęły dwa wieczory,
A rak uszył już ubiory
Dla tych wszystkich którzy chcieli,
By na balu zabłysnęli.
Oto nastał dzień zabawy,
Już od rana wodne trawy,
Tataraki, wodorosty
Doświadczały ciężkiej chłosty,
Były bowiem potrącane
Przez ławice nieprzebrane
Ryb różnego tam gatunku
Mknących w jednym tym kierunku,
Czyli prosto ku brzegowi,
Gdzie bal miał być kostiumowy.
Pierwsze płotki tu przybyły,
Żółte stroje ich przykryły,
Szyte z liści przysuszonych,
Które zerwał wiatr szalony.
Tuż za nimi niespokojne,
Lecz w krawaty długie strojne,
Mkną karasie pełne dumy,
By pokazać swe kostiumy.
Karpie wszystkie też tu płyną,
Każdy z wesolutką miną
Raźno ku brzegowi ruszył
W swetrze, który Czesław uszył.
Są szczupaki, płyną godnie,
Bo też mają barwne spodnie.
Na nich każdy mak czerwony
Z liści klonów jest skrojony.
Wreszcie w tym wspaniałym gronie
Pojawiły się okonie,
Z dumy otwierają pyski,
Bo z ich ciał strzelają błyski.
To tak spodnie świecą złote,
Ozdobione pnączy splotem.
A ropucha też przybyła,
W pięknym stroju się ukryła,
W którym rak nie byle jaki
Schował jej urody braki.
Długi płaszcz ozdabiał ciało,
Co miał brzozy korę białą
I na całej swej długości
Gładził żabie wypukłości,
A na głowie tej ropuchy
Lśnił kapelusz z liści suchych,
Z tych dębowych i tych z klonu,
W kształcie wielkiej czaszy dzwonu.
Czesław też wśród tego tłumu
Zjawił się, lecz bez kostiumu.
Uszył innym strojów zasób,
Więc dla siebie nie miał czasu.
Przyszedł nieco zadyszany
Cały błotem umazany.
Widząc raka w takim stanie,
Wszyscy wkrąg z politowaniem
Popatrzyli na Czesława:
„Czemu brudny tu się zjawia,
Bez przebrania, zabłocony,
Jeszcze pcha się na salony”.
Rak zobaczył ich spojrzenia,
Zaraz ukrył się gdzieś w cieniach,
Nie chciał dłużej być tam wcale,
Nie dla niego huczne bale.
Finał zatem tej historii
Nie nastraja do euforii,
Lecz ma tu swe potwierdzenie,
Znane dawno powiedzenie,
Które nam przestrogę rodzi:
Każdy szewc bez butów chodzi.