Raz Motylek Emilek
Kilka nudnych miał chwilek,
Więc choć trochę swe życie chciał zmienić,
Dosyć już miał krążenia
Po tych samych przestrzeniach,
Oglądania tej samej zieleni.

Ktoś mu wtedy dał radę,
By wędrowców przykładem
W długą podróż się wybrać w nieznane,
Swoją łąkę opuścić,
Wpaść w przestworzy czeluści
Choćby nawet już jutro nad ranem.

Ledwie zatem świt nowy
Nocy szal granatowy
Zerwał z nieba i błękit odsłonił,
Już tak wczesną godziną
Swe skrzydełka rozwinął
Do podróży Emilek gotowy.

Wzbił się w niebo nad trawy,
Nad strumyki i stawy
Z góry spojrzał, żegnając się z łąką,
Nad kwitnącą doliną
Lekko sobie popłynął,
Gdy poranne rozgrzało go słonko.

Frunął sobie beztrosko,
W dół spoglądał ku wioskom
I miasteczkom przytulnym, niedużym,
Czasem strumyk lub rzeka
Z oczu szybko uciekał,
Gdy je mijał Emilek w podróży.

Po godzinie latania
Do oddechu się skłaniał
Dosyć mocno zmęczony nasz motyl.
Lot swój przerwał więc zaraz
I w ogrodzie się znalazł,
By wśród liści poszukać ochłody.

Wtem się z boku ktoś skrada
I po cichu powiada:
„Witaj bracie cytrynku nieznany”
Trzeba tutaj wyjaśnić,
Że Emilek nasz właśnie
W żółty kolor był cały przybrany.

Patrzy sobie Emilek,
A to inny motylek
Tak go nagle przyjaźnie przywitał,
Z brązowymi skrzydłami,
Z czerwonymi plamkami
Najprawdziwszy to motyl-admirał.

Biegła chwilka za chwilką,
A tym obu motylkom
Czas upływał w przyjemnej rozmowie.
O czym tak rozmawiali ?
Czy o lecie wśród malin ?
Tego nikt się dokładnie nie dowie.

Jednak coś tam ważnego
Nasz Emilek z kolegą
Omawiali wśród liści zielonych,
Bo dość raźno po chwili
Wprost w powietrze się wzbili
I w nieznane udali się strony.

Przylecieli nad rzeczkę,
Poczekali chwileczkę,
Aż tu zjawił się zaraz przed nimi
Motyl rasy nie nowej,
Zwany paziem królowej
I zmachał skrzydłami barwnymi.

A po paru momentach
Cała trójka przejęta
Znanym tylko im tajnym pomysłem
Pofrunęła w powietrze
I przy słabym dość wietrze
W niebo wzbiła się jasne i czyste.

Gdzie tak razem lecieli
Tej pogodnej niedzieli,
Czy ktoś inny też o tym nie wiedział ?
Owszem, cicho, ukradkiem,
Przechodziła przypadkiem
Pewna bliżej nieznana im Fredzia.

Była ona stonogą,
Która z miną dość srogą
Odbywała swój spacer przez zioła,
Podsłuchała rozmowę
I już wieści te nowe
Przekazała znajomym dokoła.

Wśród nich był też i motyl,
Nie czerwony, nie złoty,
Ale biały, jak śnieg lub ser tłusty,
Wokół znany bielinek,
Miał na imię Marcinek
I uwielbiał jeść liście kapusty.

On od Fredzi po chwili
Poznał plany motyli,
Aby wybrać się w długą wyprawę,
Tam, gdzie leży Afryka,
Nieodkryta i dzika,
Gwarantując przygody ciekawe.

Więc Marcinek bez zwłoki
Wzbił się zaraz w obłoki,
By dogonić tę trójkę motyli
I wraz z nimi polecieć,
W innym znaleźć się świecie,
Pełnym palm, groźnych lwów i goryli,

Zdziwił więc się Emilek,
Z nim admirał Cyrylek
I lecący w tej trójce paź Wiesio,
Że ktoś leci za nimi
I skrzydłami białymi
Macha mocno, nadzwyczaj się spiesząc.

Gdy dogonił ich wreszcie,
Odpoczęli w agreście,
Który w jakimś porastał ogródku
I bielinka spytali,
Czemu pędził z oddali,
Czy chciał pozbyć się tkwiących w nim smutków ?

Na to rzekł im bielinek,
Robiąc przy tym moc minek,
Że zobaczyć chce bardzo Afrykę,
Spotkać małpy, goryle
I nieznane motyle,
W dżungli głębie zapuścić się dzikie.

„Czemu lecieć chcesz z nami ?
Czyżbyś wiedział, że sami
Wybrać chcemy się tam w tajemnicy ?”
Spytał zaraz Emilek,
Poruszając badylek,
Który zwiał wiatr z pobliskiej ulicy.

Tu bielinek się przyznał,
Całą prawdę im wyznał,
Że ten sekret zdradziła stonoga,
Taka wścibska plotkarka,
Chudziuteńka, jak szparka,
Co po różnych uwielbia iść drogach.

Spojrzał zaraz Emilek
Tam, gdzie siedział Cyrylek
I do Wiesia zamrugał oczami,
Cała trójka w tym składzie
Po wzrokowej naradzie
Do Bielinka krzyknęła „Leć z nami !”.

Odtąd w dalszą swą trasę
Na jeziorem i lasem,
Przez dolinę i rzekę, i górkę
Pofrunęli ochoczo,
Aby zdążyć przed nocą
I pozwiedzać Afrykę już w czwórkę.

Jeszcze wspomnieć tu trzeba
Że meldunki spod nieba
Regularnie bielinek słał z drogi.
Z jego małej komórki
Esemesy, jak chmurki
Przypływały do Fredzi – stonogi.

Sprzyjające im wiatry
Przygoniły nad Tatry
Dzielną czwórkę lecących motyli.
Czas spoczynku już nastał,
Bo przed nimi wyrastał
Nocy mur, gdy krąg słońca się schylił.

Gdzieś u bacy na sianie
Wnet znalazły posłanie
I zmęczone podróżą zasnęły,
A nazajutrz już rankiem
Nasycone śniadankiem
W dalszą podróż ochoczo pomknęły.

Gdy skończyły się góry,
Nieba jasne lazury
Wraz ze słońcem zabłysły przed nimi.
Przy tak pięknej pogodzie,
Co się zdarza nie co dzień,
Lżej się macha skrzydłami barwnymi.

I dlatego motyle
Nienagannym wręcz stylem
Wnet przebyły świat drogi niemały,
Nim zawołał bielinek,
Że już czas na spoczynek,
Piękne Włochy się im ukazały.

W tej słonecznej Italii
Piły nektar konwalii
I cieszyły klimatem się rajskim,
W tempie lotu niezmiennym
Ponad Morzem Śródziemnym
Przyleciały na ląd afrykański.

Tam ich upał przywitał,
Kiedy tylko zaświtał
Dzień słoneczny nad ziemią wyschniętą,
Gdy w głąb lądu leciały,
Wszystkie bardzo się zgrzały
I dość znacznie skoczyło im tętno.

Tak znużone szalenie,
By pokonać zmęczenie,
W dół ku ziemi zaczęły się zniżać,
Gdy wśród piasków pustyni,
Co przeszkodę nam czyni,
Kształt oazy się zaczął przybliżać.

Tu na palmie usiadły,
Trochę sobie podjadły
I wypiły też rosy niemało,
Nagle Wiesio zobaczył,
Jak też chłodem się raczy
Jakieś długie, wijące się ciało.

Obok nich się przemieszcza,
Oczy ku nim wytrzeszcza
I cieniutki języczek wysuwa,
Pyta, sycząc przez liście:
„Skąd się tutaj wzięliście,
Czy będziecie tu siedzieć, czy fruwać ?

 

Znam tu wszystkich w oazie,
Ale o was na razie
Nie słyszałem, choć jestem już stary,
To ja – pyton Barnaba –
Do was cicho się skradam,
By zapytać o wasze zamiary.”

Odrzekł szybko Emilek:
„My tu tylko na chwilę
Spoczęliśmy upałem zmęczeni,
Przybyliśmy z północy,
By na własne móc oczy
Afrykańskiej zobaczyć szmat ziemi,”

W odpowiedzi Barnaba
Łypiąc okiem, jak żaba,
Syknął, kręcąc się stale wśród liści:
„Teraz wszystko rozumiem,
Skąd wzięliście się u mnie,
Wy jesteście motyle-turyści.

Z waszej trasy wynika,
Że w kierunku równika
Będzie podróż przez Czarny Ląd trwała,
Za dni parę znużeni
Dolecicie do Kenii,
Do was prośba więc moja jest mała.

Tam na dużej sawannie
Kręci się nieustannie
Mój przyjaciel – ogromny słoń Henio,
Kiedy jego spotkacie,
To ode mnie przekażcie
Moje pierwsze od lat pozdrowienia.

Już dość mocno mnie nuży
Trud tak długich podróży,
Więc u Henia od dawna nie byłem,
Ciekaw jestem, czy nadal
Swoje sny opowiada
I czy czasem, jak rak, chodzi tyłem.

Bowiem tego nie wiecie,
Że największy na świecie
To żartowniś i straszna gaduła,
Gdy się całkiem rozgada,
To i deszcz może padać,
Nie przestanie, choć ość by go kłuła.

„Ależ, drogi Barnabo „
– Rzekł Emilek z powagą –
„Teraz już nasze masz zapewnienie,
Że gdy w Kenii będziemy
I do Henia dotrzemy,
Przekażemy mu twe pozdrowienie”.

Nie minęły dwie chwile,
Kiedy wszystkie motyle
Sił nabrały i w niebo się wzbiły,
Poleciały w nieznane
Nad piaszczystym Sudanem
I znalazły baobab pochyły.

Na tym drzewie ogromnym
Snem zasnęły spokojnym,
Umęczone podróżą w upale,
A nazajutrz nad ranem
Wypoczęte, wyspane,
Na południe leciały już dalej.

Gdy przybyły do Kenii,
Wśród sawanny zieleni
Zobaczyły kształt wielki nad ziemią.
Spojrzał z góry Emilek
I wykrzyknął za chwilę:
„Patrzcie na dół, to musi być Henio !”

„Ale co to się dzieje ?
Henio jakby się chwieje,
Porykuje i trąbę podnosi,
W jakimś szarpie się dole,
Jak bezbronne pacholę
I o pomoc gwałtownie wciąż prosi.

Co tu zrobić ? Czas działać,
Słoń jest wielki jak skała,
Więc wyciągnąć go z dołu któż zdoła ?
Wszystkie cztery motyle
Pomyślały przez chwilę
I latały nad dołem dokoła.

Nagle widzą, jak z błota
Gruby wstał hipopotam
I leniwie ruszając się, ziewa,
Więc Emilek rzekł śmiało:
„Przyjacielu, rusz ciało,
Twej pomocy nam pilnie potrzeba.

Słoń do dołu wpadł cały
I choć stwór to niemały,
Jakoś stamtąd wydobyć go trzeba,
Jesteś taki potężny,
Pewnie silny i mężny,
Może mógłbyś go stamtąd wygrzebać ?”

Hipopotam zamruczał:
„Udział mój w tym wykluczam,
Bo ciężarów nie zwykłem podnosić,
Tak więc sami musicie
W trosce o słonia życie
Innych chętnych o pomoc poprosić”.

Zawiedzeni tym faktem
Nagle widzą, że traktem
Kroczy sobie dostojnie żyrafa.
Długą szyją wywija,
Rosę z liści popija
I szeroka jest w biodrach, jak szafa.

Więc Emilek znów woła:
„Hej, żyrafo, schyl czoła
I wyciągnij nam z dołu Henryka,
Wpadł tam dzisiaj, co gorzej,
Sam wyjść stamtąd nie może,
Z tym problemem się długo boryka.”

A żyrafa mu rzekła:
„Dość się w słońcu przypiekłam,
Więc poszukać już muszę gdzieś cienia,
Ja – żyrafa Gertruda –
Mówię, że się nie uda
Z tego dołu wyciągnąć wam Henia.

Kiedy szłam, to widziałam,
Że tu stał kawał ciała,
Czyli Filip – ten leń hipopotam.
Gdy się o coś go prosi,
To natychmiast ze złości
Swoją paszczę otwiera, jak wrota.

W przeciwieństwie do niego
Zawsze chętnie kolegom
Służę swoją pomocą i wsparciem,
Ale teraz, niestety
Mam na liście apetyt
I ten upał mnie męczy zażarcie”.

Tekst ten wcale nie zmylił
Naszych dzielnych motyli,
Bo żyrafa nie lepsza jest wcale,
Krytykuje Filipa,
Ale woli poszczypać
Liści z drzewa niż pomóc w upale.

Sytuacja się stała
Dramatyczna bez mała,
Bo nikt wcale nie wspomógł motyli,
A tymczasem słoń stale
W coraz większym upale
Porykiwał i stękał, i kwilił.

Wtem Emilek swoimi
Skrzydełkami żółtymi
Zatrzepotał, bo doznał olśnienia.
Pomysł wpadł mu do głowy,
Oryginalny, bombowy,
By wyciągnąć z pułapki tej Henia.

Rzekł więc tak do bielinka:
„Widzę, zrzedła ci minka
I nad Henia się losem też biedzisz,
Lecz ja mam rozwiązanie,
Nim za późno się stanie,
Weź komórkę i dzwoń do swej Fredzi.

Ona – znana plotkarka –
W różnych kątach i szparkach
Ma znajomych tysiące bez mała,
Więc jej powiedz w tej chwili,
By ród cały motyli
Tu na pomoc wnet do nas wezwała”.

Zaskoczony bielinek
Zrobił, co chciał cytrynek,
Czyli z Fredzią się zaraz połączył,
Gdy jej wszystko powiedział,
Ożywiła się Fredzia,
Która właśnie drzemała wśród pnączy.

Rozesłała wnet wieści
Dramatyczne w swej treści,
Czym wzruszyła motyli do głębi.
Nie minęło chwil parę,
A na niebie już chmarę
Widać było, jak cała się kłębi.

To motyli tysiące,
Do pomocy spieszące,
Przybywały, by zrobić coś z Heniem,
Dać otuchy mu słowa
Lub skrzydłami wachlować
I w upale mu skrócić cierpienie.

Wnet zaczęły się spierać
I metody wybierać,
Dzięki którym słoń wyjdzie z tej nory,
Chaos długie trwał chwile,
Wreszcie przerwał Emilek
Wszystkie kłótnie, dyskusje i spory.

Rzekł im: „Drogie motyle
Jest nas tutaj aż tyle,
Że tworzymy potężną dość chmurę
I gdy każdy, choć tyci,
Cząstkę Henia pochwyci,
Uniesiemy bez trudu go w górę.”

W tym momencie już zgodnie
Wszystkie dosyć swobodnie
Cząstki ciała wielkiego złapały
Wzbiły się ponad ziemią
I po chwili już Henio
Obok dołu stał zdrowy i cały.

Morał z tego działania
Taki nam się wyłania,
Że w jedności tkwią siły, jak młoty,
Gdy się z sobą zjednoczą,
Wielką stają się mocą,
Nawet słabe, jak motyl, istoty.