1.
W pewnym ogrodzie botanicznym,
W małym zakątku dotąd pustym
Wyrósł kwiat piękny, egzotyczny,
Ancymon to był on Oszustny.

2.
Skąd wziął się właśnie w tym ogrodzie ?
Tego nikt nie wie, choć się biedzi,
Nawet i ci, co są tu co dzień,
Nie mają na to odpowiedzi.

3.
Szukano w wielu mądrych księgach
I na atlasów licznych stronach,
Lecz tam żadnego też, przysięgam,
Nie znaleziono Ancymona.

4.
Kwiat to niezwykłej był urody,
Zwłaszcza miał jeden rzadki szczegół:
Jedną z piękniejszych w świecie łodyg,
Co czasem dostawała piegów.

5.
A gdy te wszystkie dziwne piegi
Na tej łodydze się zjawiały,
To ustawiały się w szeregi
I swoją mocą czarowały.

6.
Kiedy Ancymon swe zamiary
Chciał wdrożyć zgodnie z własną wolą,
Z pomocą piegów czynił czary,
Który każdego wnet zniewolą.

7.
Kwiaty w ogrodzie botanicznym
Na jego widok oniemiały:
„Och, jaki piękny, jaki Śliczny
W ciekawych piegach stoi cały !

8.
A oprócz tego też dodajmy,
Że czapkę z daszkiem miał malutkim,
A tuż przy ziemi nadzwyczajne
Urocze dwa czerwone butki.

9.
Kwiaty ze środka i te z boku
Od Ancymona, jak od słońca
Oderwać już nie mogły wzroku,
Mogły tak gapić się bez końca.

10.
Akurat wtedy coś się stało,
Coś, co nie zdarza się na co dzień,
Nowego króla brakowało
Wśród kwiatów wszystkich w tym ogrodzie.

11.
Dotychczasowy król już stary,
Wiekowy storczyk wprost z Brazylii,
Usechł zupełnie przez komary
I całe ciało w dół pochylił.

12.
Wieczorem, kiedy mgły się wzbiły,
Z ogrodu wyszli zwiedzający,
Kwiaty zebranie zarządziły
I prowadziły spór gorący.

13.
Zgłaszano różnych kandydatów,
Co mogli spełnić ich nadzieje,
Sprawować rolę króla kwiatów
I stawiać czoła, gdy wiatr wieje

14.
Ancymon też nie bez przyczyny
Nazywał jeszcze się Oszustny,
Bo kłamca z niego, jak nikt inny,
Potrójny albo i poszóstny.

15.
Łodygą wszystkich swą czarował,
Więc kwiaty wciąż go podziwiały,
Lecz mówił tylko puste słowa,
Które się nigdy nie sprawdzały.

16.
Jako że zawsze chciał mieć wszelkie
Władze, tytuły i zaszczyty,
Rzekł, choć nabijał wciąż w butelkę:
„Ja będę królem znakomitym.

17.
Zgłaszam więc swą kandydaturę
Dziś do objęcia króla tronu,
Dam dobrobytu złotą górę,
Co nie udało się nikomu.

18.
Przyjdzie wam, wszystkie drogie kwiaty,
Żyć tu w luksusie przez rok cały,
Będziecie nosić piękne szaty
I pyszne soki spożywały”.

19.
Wszystkie te piękne obietnice
Dla wielu słuchających kwiatów
Powodem były ich zachwyceń,
Więc zaufały mu, jak bratu.

20.
Jeden z nich tylko mały fiołek,
Co z boku rósł tuż obok klonu,
Rzekł, że to wszystko słowa gołe,
Że król to nie jest godzien tronu.

21.
Lecz któżby fiołka zechciał słuchać
W niezwykłym stanie poruszenia ?
Wśród kwiatów istna zawierucha,
Że aż pod nimi dudni ziemia.

22.
Krzyknęły wszystkie: „Ancymonie,
Ty będziesz królem idealnym,
My chcemy Cię na naszym tronie,
Króluj w dzień dżdżysty i upalny ! :

23.
Ancymon to był niezłe licho,
Pozdrowił towarzystwo całe
I tylko rzekł do siebie cicho:
„Ale podstępnie ich nabrałem.

24.
„Czekałem właśnie na okazję,
By wreszcie dobrać się do tronu,
Teraz pokażę im swą pasję,
Którą oszustwo jest do zgonu”.

25.
Gdy dzień następny wstał po nocy,
Ancymon zaraz rozkazuje,
By wystrzeliły bzy, jak z procy
I zasłoniły wszystkie tuje.

26.
Bzy, które krótko są w rozkwicie
Takim rozkazem zaskoczone,
Po co odbierać tujom życie,
Przed słońcem tworząc im zasłonę ?

27.
Ancymon krzyczy pełen złości:
„Coś się w rozkazie nie podoba ?
Słuchajcie Króla Jegomości,
Bo wam korzenie zgryzie robak !”

28.
Umówił się Ancymon bowiem
Z armią owadów, co pod ziemią
Kwiaty im niszczyć tylko w głowie,
Czy latem, wiosną, czy jesienią.

29.
Wezwał szczypawki i podjadki
I zawarł z nimi pakt przestępczy,
Za jakieś małe tam dodatki
Na rozkaz będą kwiaty dręczyć.

30.
Bzy taką groźbą przestraszone
O metr do góry wnet się wzbiły
I smukłym tujom słońca stronę
Swoim listowiem zasłoniły.

31.
Wzburzyły kwiaty się rozkazem
Takim niegodnym kwiatów króla,
Lecz król Ancymon i tym razem
Zaczął podwładnych swych rozczulać.

32.
Na swej łodydze armię piegów
Układa niby tak niechcący,
Powstaje szereg po szeregu
I tworzy czar zniewalający.

33.
Znów Ancymona moce, kłując,
Na kwiaty błogo podziałały,
I o rozkazie przeciw tujom
Zaraz zupełnie zapomniały.

34.
Lecz król próżnować nie chce wcale
I nowy rozkaz wnet ogłasza:
„Nie ma co kiwać się ospale,
Ogromna burza nam zagraża !”

35.
Niech zaraz wszystkie moje kwiaty
W kłębek, jak koty, wnet się zwiną,
Nadchodzi burza nie na żarty,
Od niej możemy wszyscy zginąć.

36.
Tak pięknie były rozchylone
Gerbery, lilie, tulipany,
A teraz każdy w drugą stronę
Kieruje barwne swe dywany.

37.
W ogrodzie było pełno ludzi,
Każdy te kwiaty chce podziwiać,
Lecz zachwyt ich się nagle studzi
I twarz w zdziwieniu się wykrzywia.

38.
Przed chwilą jeszcze piękne płatki
Cieszyły oko kolorami,
A nagle jednym ruchem gładkim
Wszystkie zrobiły się pąkami.

39.
Pewnie się wszyscy domyślacie,
Że żadnej burzy tu nie było,
Od rana po wieczorny pacierz
Przepiękne słońce wciąż świeciło.

40.
I znów poczuły się rośliny
Przez Ancymona oszukane,
Lecz jego już nie czują winy
Nim nowy dzień się zaczął ranem.

41.
Bo znów Ancymon piegów mocą
Oszustwo podłe zatuszował
I myśli, nie wiadomo po co,
Jak oszukiwać ma od nowa.

42.
Kwiaty po cichu się zebrały,
Tocząc rozmowy już od świtu,
Gdzie obietnice się podziały,
Gdzie złota góra dobrobytu ?

43.
Trzeba ogłosić zaraz wszędzie
W ogrodu wszystkich czterech stronach,
Że dłużej to już tak nie będzie,
Czas już obalić Ancymona !

44.
Do Ancymona zaraz potem
Kierują wszystkie wzrok kwiatowy:
„Po co nam króla mieć despotę ?
Chcemy wyborów szybko nowych !”

45.
Ale Ancymon wzniósł kwiat w górę,
Jakby unosił się na lotni:
„Przecież chcieliście, bym był królem,
A to jest wybór dożywotni !”

46.
I zaraz potem znów piegami
Czaruje rzesze buntowników,
Wnet czarów są niewolnikami,
Już nie wydają z siebie krzyków.

47.
A mały fiołek tuż przy klonie
Cichutko westchnął fioletowy:
„Chcieliście łotra mieć na tronie,
Niech więc odmóżdża wasze głowy.

48.
Kiedy tu wszystkich przestrzegałem,
Że piękny wygląd, to nie wszystko,
Wyśmiany prawie wnet zostałem
Przez całe kwiatów towarzystwo.”

49.
„Co robić w takiej trudnej chwili ?” –
Szepczą goździki i konwalie,
Pochylił głowę amarylis,
Zwinęły kwiaty piękne dalie.

50.
Ancymon jest nie do ruszenia,
Ogród już cały zatrwożony,
Czy może fala wybawienia
Z jakiejś nieznanej przyjdzie strony ?

51.
Ancymon pewien swojej władzy
Wymyśla nowe wciąż podstępy,
Kazał owadom w barwie sadzy
Podgryzać nawet stare dęby.

52.
Stan zagrożenia dla ogrodu
Wzmaga się z każdym nowym świtem,
Pszczoły nie mogą zbierać miodu,
Bo kwiaty z trwogi są zakryte.

53.
Tymczasem wielki wódz owadów
Podjadek Pierwszy – smakosz łodyg,
Rzekł do kwiatowych swych sąsiadów:
„Ocalę wasze kwietne rody”.

54.
Zwołał owadzie swe oddziały
I zagrzmiał, jak bas w saksofonach:
„Niegodny z nim jest układ cały,
Zjedzmy łodygę Ancymona !”

55.
Armia podjadków wnet ruszyła
Tam, gdzie Ancymon tkwił na tronie,
Owadzie zęby wściekle wbiła,
Aby z despotą stał się koniec.

56.
Ancymon tak był zaskoczony,
Że nawet wcale nie zaziewał,
Bo też ataku sprzymierzonych
Nigdy się przecież nie spodziewał.

57.
Ten przykład łotra Ancymona
Potwierdza coś, co nie przeminie:
Kiedy podstępem chcesz pokonać,
To od podstępu tego zginiesz.

1.
Dziś opowiem wam o jeżu,
Który mieszkał w Sandomierzu,
Tam kwaterę swą założył,
A na imię miał Ambroży.

2.
Dawniej domek miał swój w lesie,
Lecz raz, gdy nadeszła jesień,
Jeż na pomysł wpadł szalony,
By się w miejskie przenieść strony.

3.
A dlaczego ? Powiem szczerze,
Chciał Ambroży być żołnierzem,
W lesie zaś niełatwo wcale
Być sierżantem lub kapralem.

4.
Dnia pewnego tuż o świcie
Zmienił swe Ambroży życie
I nieznaną drogą zmierzał
Wprost do granic Sandomierza.

5.
Tam w ogrodzie przy jabłoni
Wśród wysokich traw się schronił,
A że marsz go mocno znużył,
Zasnął więc po tej podróży.

6.
Sen go zmorzył aż do rana,
A ta dobrze noc przespana
Sił dodała bez wątpienia
Ambrożemu do chodzenia.

7.
Musiał się nadreptać sporo,
Aby dzienną jeszcze porą
Dotrzeć po brukowych kostkach,
Gdzie wojskowa jest jednostka.

8.
Wreszcie dotarł, lecz przy bramie
Zjawia się niespodziewanie
Strażnik, który nie zamierza
Wcale tutaj wpuszczać jeża.

9.
Stanął twardo, brwi nasrożył,
Nie zachwycił go Ambroży:
„Czego szukasz ?” – mówi szczerze –
„Po co wojsku takie zwierzę ?”

10.
Na to mu Ambroży rzecze :
„Wpuść za bramę mnie, człowiecze,
Bo naprawdę mocno wierzę,
Że zostanę wnet żołnierzem”.

11.
A wartownik parsknął śmiechem,
Który tak się odbił echem,
Że aż kapral go usłyszał,
Co się właśnie ku nim zbliżał.

12.
„ O co chodzi ? – kapral pyta –
Kto tu do nas chce zawitać ?
Z wojskiem się niełatwo zmierzyć,
Nam tu nie potrzeba jeży”.

13.
Na to skrzywił się Ambroży,
Przed kapralem się położył
I powiada nie bez żalu:
„Niech pan przyjmie mnie, kapralu”.

14.
Po błagalnych jeża słowach
Kapral nad nim się zlitował,
Rzekł, że w sprawie Ambrożego
Spyta się plutonowego.

15.
Poszli razem jeż z kapralem,
Śmiechu już nie słychać wcale,
W bloku się znaleźli nowym,
Gdzie miał pokój plutonowy.

16.
Gdy wysłuchał Ambrożego,
Rzekł, wciąż patrząc się na niego:
„To nie temat mój i kwita,
Tu sierżanta trzeba spytać”.

17.
Więc we trójkę już ruszyli
I znaleźli się po chwili
U sierżanta w okularach
O szerokich, krzepkich barach.

18.
Sierżant mocno zbudowany
Słuchał ich zakłopotany,
Lecz decyzji swej unikał,
Kazał iść do porucznika.

19.
Tu pominął chorążego,
A uczynił tak dlatego,
Że miał urlop pan chorąży,
Na naradę by nie zdążył.

20.
To już czwórka nam się tworzy:
Trzech żołnierzy i Ambroży,
Idą razem w takim składzie,
Aby udział wziąć w naradzie.

21.
Pan porucznik robił miny,
Patrzył wciąż w regulaminy,
Czy ktoś jakiś przepis stworzył,
By być w wojsku mógł Ambroży.
22.
Wreszcie rzecze po kwadransie:
„Trzeba będzie spytać nam się,
Czy żołnierzem jeż się stanie”,
Myśląc tu o kapitanie.

23.
„Nie chcę działać zbyt pochopnie,
Niech kapitan – wyższy stopniem –
Przejmie sprawę Ambrożego,
Chodźmy zatem wprost do niego”.

24.
Gdy kapitan poznał sprawę,
Zaczął pić nerwowo kawę,
A po chwili rzekł trzy słowa:
„Major musi zdecydować”.

25.
Wyruszyła grupa spora
Z zapytaniem do majora,
Cała szóstka ich tam zmierza,
Aby los przesądzić jeża.

26.
Gdy pan major ich wysłuchał,
Palcem skrobnął koło ucha
I pokręcił nieco nosem,
Po czym rzekł tubalnym głosem:

27.
„Sprawa jest to nietypowa,
Zagmatwana dość i nowa,
I niewiele z niej wynika,
Trzeba spytać pułkownika”.

28.
Grupa już powstała spora,
Powiększona o majora,
Wyruszyła ku wartowni,
Bo tam właśnie stał pułkownik.
29.
Zdziwił się pułkownik nieco,
Widząc, jak ku niemu lecą
Jego znani mu żołnierze
Na dodatek z jakimś jeżem.

30.
Patrząc na to zamieszanie,
Zaraz stawia im pytanie:
„Zagadkowo wyglądacie,
Jaką sprawę do mnie macie ?”

31.
Zaraz rzecze mu Ambroży:
„Niech pan zgodzi się, bym włożył
Mundur na me całe ciało,
By się w wojsku służyć dało”.

32.
Pan pułkownik – tęga głowa –
Odpowiedział w paru słowach:
„Ja nie będę się tu spierał,
Zgodę musi dać generał”.

33.
Tak więc towarzystwo całe
Na spotkanie z generałem
Wyruszyło raźnym krokiem,
Aby dotrzeć tam przed zmrokiem.

34.
W gabinecie generała
Staje więc siódemka cała,
A ten ósmy – to Ambroży,
Który usta wnet otworzył:

35.
„Proszę pana generała,
By szczęśliwy finał miała
Nietypowa sprawa jeża
Pasowania na żołnierza.

36.
A generał rzekł „Mój drogi,
Los tu w armii bywa srogi
I choć w sukces twój nie wierzę,
To już zostań tym żołnierzem.

37.
Jeż ucieszył się szalenie,
Słysząc takie oświadczenie,
Bo też jeżem będzie przecież
Pierwszym wśród żołnierzy w świecie.

38.
A żołnierzy grupa cała
Na naradzie się zebrała,
By przymierzyć się do tego,
Jak też ubrać Ambrożego.

39.
Jeż nieduży jest, jak szczurek,
Musi mały mieć mundurek,
A na małą swą główeczkę –
Mały hełmik i czapeczkę.

40.
Mieć nie buty, lecz buciki
I koszulki, krawaciki,
Pas wojskowy – nie olbrzymi,
Wszystko to w rozmiarze mini.

41.
Trudny zatem powstał temat,
Bo tak małych ubrań nie ma,
A ten jeż Ambroży przecież –
To najmniejszy żołnierz w świecie.

42.
Z bronią kłopot też nie inny,
Same duże karabiny
Noszą wszyscy tu żołnierze,
Co więc począć z takim jeżem ?
43.
Po naradzie w jednej chwili
Jednogłośnie ustalili,
Aby Dział Zaopatrzenia
Wysłał pilne zamówienia.

44.
By wytwarzać od świtania
Nietypowe te ubrania,
Skonstruować, tak od ręki,
Karabinek malusieńki.

45.
A w koszarach po kolacji,
Trzeba przyznać nie bez racji,
Że się kłopot nam wyłania,
Co jeżowi dać do spania ?

46.
Łóżko każde za wysokie,
Jeż by musiał jednym skokiem,
Jak ptak, w górę poszybować,
By na kocu wylądować.

47.
Więc w swą pierwszą noc wojskową
Spał Ambroży nietypowo,
Bo też dano mu posłanie
W kartoniku po śmietanie.

48.
Noc dla jeża była krótka,
Bo ktoś krzyknął „Wstać, pobudka !”
W wojsku dzień się już zaczyna,
Kiedy szósta jest godzina.

49.
Jeż się tym nie zadowolił,
Wolno z łoża się gramoli,
Dawniej, gdy miał swoje kąty,
Wstawał sobie o dziewiątej.

50.
Rozbudzony zaczął ziewać,
Dawniej mógł się powygrzewać,
A tu każą błyskawicznie
Na dwór biec, gdzie nie jest ślicznie.

51.
Tam Ambroży trafił senny
Na szron pierwszy ten jesienny,
Dawniej mógł się w liściach schronić,
Dziś zębami musi dzwonić.

52.
A żołnierze w dwuszeregu
Są gotowi już do biegu,
Dla nich to normalna sprawa,
To poranna jest zaprawa.

53.
Wyruszyli, jak sprinterzy,
Nie jest tempo to dla jeży,
Więc wiadomo, że Ambroży
Biec tak szybko nie nadążył.

54.
Bieg skończony, wśród żołnierzy
Słychać śmiech, ktoś zęby szczerzy,
Bo czekają, niby gapie,
Aż Ambroży tu przyczłapie.

55.
Pan dowódca dość nerwowo
Parę razy kręcił głową,
Słysząc, jak Ambroży jęczy,
W biegu się okrutnie męczy.

56.
Ale oto niespodzianka:
Przyniesiono już ubranka
I mundurek, butków parę
Pasujących mu wymiarem.

57.
Lecz przymiarka, to niestety,
Mogła zabrać mu apetyt,
Ledwo przywdział swój mundurek,
Znalazł w nim niejedną dziurę.

58.
Kolce jeża to sprawiły,
Bo się w mundur całe wbiły,
Więc Ambroży już na dłużej
Ma w dziurawym być mundurze.

59.
Wtem nadchodzi ta godzina,
Gdy się właśnie rozpoczyna
Niedaleko, na polanie,
Sprawdzian, którym jest strzelanie.

60.
Cel od dawna ustawiony,
Każdy mierzy już skupiony
I karabin ściska w rękach,
A na rozkaz wnet przyklęka.

61.
Ale za to nasz Ambroży,
Jak drąg cały się położył,
Bo, tak mówiąc całkiem szczerze,
Klękać nie potrafią jeże.

62.
Każdy żołnierz jest wspaniały,
Bo oddaje celne strzały,
Tylko jeden z nich Ambroży
Na strzelaniu się wyłożył.

63.
Posłał kule, gdzie nie trzeba,
Prosto w pionie, aż do nieba,
Dobrze, że opadły z góry,
Mogły w chmurach zrobić dziury.

64.
Po strzelaniu na polanie
Nowe zjawia się zadanie:
Trzeba na pobliskie wzgórze
Wejść w pięć minut i nie dłużej.

65.
Wszyscy więc ruszyli śmiało,
Trzy minuty im zabrało,
A jeż, robiąc śmieszne miny,
Potrzebował pół godziny.

66.
Utrudzony już Ambroży
W chłodnej trawie się położył
I zrozumiał, że był w błędzie,
Że żołnierzem już nie będzie.

67.
Z tej historii wniosek płynie,
Niech w pamięci nam nie zginie,
Niech zna młody go i stary:
Mierz swe siły na zamiary.