Pewnego razu emeryt Protazy dostał zaproszenie od swoich znajomych na wspólne spotkanie. Miało się ono odbyć w mieszkaniu owych znajomych. Protazy nie lubił jeździć z pustymi rękami, postanowił więc zakupić ciastka. Niestety, zaproszenie otrzymał w dniu spotkania. Był to niedzielny poranek, a wtedy sklepy były nieczynne. Po długim rozmyślaniu emeryt dokonał niezwykłego odkrycia. Przecież w okolicy były dwie cukiernie, które w niedziele powinny być otwarte. Dumny ze znalezienia rozwiązania problemu, który się niespodziewanie zrodził, Protazy wyszedł raźnym krokiem z mieszkania i udał się w kierunku cukierni. Po drodze zaczęły dręczyć go myśli. Czy na pewno obydwie będą czynne ? A co zrobi, gdy zastanie zamknięte drzwi ? Z drżeniem serca zobaczył wkrótce napis na pierwszej z cukierni, który wydał mu się dziwnie obcy. Dotąd mieściła się tu cukiernia o nazwie „Malinka”, a teraz pojawił się jakiś egzotyczny napis „Filozofia pączka”.
– O co chodzi ? – zastanawiał się Protazy. Czy aby na pewno dobrze trafił ? Nieśmiało spojrzał przez szybę i ujrzał kilka osób siedzących przy stolikach. Za nimi była lada, na której piętrzyły się stosy pączków.
-Chyba to jednak cukiernia – pomyślał. Co prawda. Są tu tylko pączki, ale nie miał pewności, czy ta druga cukiernia, do której było kilkaset metrów, jest czynna.
Trudno – pomyślał – najwyżej kupię same pączki.
Wszedł do środka i poprosił o sześć sztuk, W sam raz po dwie dla każdej z osób, Gdy usłyszał kwotę, jaką miał zapłacić, omal nie jęknął z wrażenia. Cena pączka ponad dwukrotnie przewyższała normalnie płacone ceny za ten sam wyrób w innych sklepach.
Widocznie cena zawiera dodatek za filozofię – pomyślał.
Jako człowiek honoru nie mógł jednak się wycofać. Co by pomyśleli ludzie siedzący obok przy stolikach ? Na pewno słyszeli jego dialog ze sprzedawczynią. Przecież siedzieli w odległości niespełna dwóch metrów. Po przyjęciu należności pani sprzedawczyni poprosił o chwilę cierpliwości , gdyż pączki trzeba będzie zapakować. Po kilku minutach z zaplecza wyszła inna niewiasta niosąca rozłożony karton, który usiłowała uformować w solidne pudełko. Niestety, karton był dość miękki i ustawicznie się odkształcał. Utrudniało to pracę tej pani, która ambitnie walczyła z bezwładnym materiałem. Po paru minutach udało jej się ukształtować niepewną , falującą konstrukcję pudelka, do którego włożyła zakupione sześć pączków. Rozmiarami pudełko to znacznie przekraczało objętość, jaką zajmuje tych sześć pączków, ale pani z ubolewającym uśmieszkiem stwierdziła, że innych pudelek nie mają. Protazy, jako człowiek ambitny, powiedział, ze nic nie szkodzi. Ma blisko do domu i jakość sobie poradzi. Rzeczywistość okazała się jednak mniej optymistyczna. Po wyjściu z cukierni Protazy poczuł elastyczność i bezwładność zbyt dużego pudelka, które co chwila wyginało się, a znajdujące się w środku pączki szalały, przewracając się z jednego końca pudełka na drugi. Emeryt niósł to pudełko w dwóch rękach, a mimo to szedł wolnym krokiem, bo trudno mu było zachować równowagę. Systematycznie jednak zbliżał się do domu i wszystko wyglądało na to, że Protazy z sukcesem zakończy akcję zakupu pączków. Kilkanaście metrów od domu Protazy uświadomił sobie, że musi otworzyć drzwi wejściowe bloku, aby dostać się do klatki schodowej. Do tego potrzebował klucza, który znajdował się w kieszeni kurtki Musiał więc chwilowo utrzymać pudełko w jednej ręce, aby drugą sięgnąć po klucz. Niestety, w tym momencie nastąpiła katastrofa. Pudełko uwolnione spod jednej ręki gwałtownie się odkształciło i wygięło. Pączki, jak ptaki uwolnione z klatki, wypadły na asfaltowy chodnik, rozrzucając pokrywający je lukier na wszystkie strony. Znerwicowany Protazy gwałtownie się schylił i sprawnymi ruchami pakował w pośpiechu pączki do pudełka, zerkając wokół, czy ktoś nie obserwuje jego heroicznej walki z krnąbrnym pudełkiem i niesfornymi pączkami. Na szczęście scena walki ze złośliwością rzeczy martwych okazała się krótkotrwałym epizodem bez udziału publiczności. Rozgrzany z emocji Protazy ścisnął złożone powtórnie pudełko, nie bacząc na niebezpieczeństwo odkształcenia pączków i nerwowo otworzył zarówno drzwi wejściowe do budynku, jak też do swego mieszkania. Po chwili zaczął szacować straty po tej heroicznej walce. Okazało się, że pączki wyglądają nie najgorzej i wiele nie straciły ze swojej pierwotnej urody. Ubyło im jedynie trochę lukru i paru kawałków skorki pomarańczowej, która zdobiła ich wysmażone grzbiety. Dla przyzwoitości, a przede wszystkim w trosce o zdrowie gospodarzy i własne, Protazy rozpoczął zabiegi, mające na celu oczyszczenie powierzchni pączków z ewentualnych niewidocznych drobinek kurzu i piasku. Na szczęście dzień był słoneczny i asfalt suchy, więc pączki nie miały okazji, by wpaść do kałuży. Za pomocą miękkiej ściereczki Protazy wykonywał delikatne ruchy po powierzchni pączków, aby upewnić się ostatecznie o ich przydatności do spożycia. Zapewniwszy im nowe bezpieczne opakowanie, Protazy udał się na spotkanie od znajomych. W czasie spożywania pączków emeryt z niepokojem nasłuchiwał, czy przypadkiem nie rozlegnie się w zębach chrzęst miażdżonych ziaren piachu. Gdy wszyscy zjedli pechowe wyroby cukiernicze, Protazy odetchnął z ulgą, gdyż żaden taki dźwięk się nie rozległ. W następnych dniach uczestnicy spotkania nie wykazywali żadnych dolegliwości żołądkowych. Utwierdziło to emeryta w przekonaniu, że akcję czyszczenia pączków wykonał z powodzeniem. Postanowił sobie jednak, że cukiernię „Filozofia pączka” będzie omijał szerokim łukiem.