Emeryt Protazy, jako zwolennik spędzania czasu głównie w zaciszu domowym, nie bywał zwykle w obiektach kultury. Wydarzenia kinowe, teatralne lub sportowe śledził głównie na ekranie telewizora lub na antenie radiowej.
Nie lubił być uczestnikiem imprez na żywo. Jako człowiek skromny i unikający pokazywania się publicznie niechętnie wychodził na dłużej z domu. Niewielkie mieszkanie zapewniało mu duchowy spokój i emocjonalną równowagę, co, jego zdaniem, korzystnie wpływało na zdrowie zarówno fizyczne, jak i psychiczne.
Pewnego dnia Protazy uległ jednak pokusie odwiedzenia muzeum wojskowego. Stało się to pod wpływem audycji telewizyjnej, w której informowano o otwarciu w tym muzeum wystawy eksponatów średniowiecznego uzbrojenia.
Protazemu na tyle ta informacja wydawała się atrakcyjna, że tym razem postanowił wyjść z domu i osobiście obejrzeć tę wystawę. Jak to miał w zwyczaju, tradycyjnie przywdział swój oficjalny strój wyjściowy, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę i niebieski krawat w zielone grochy oraz buty na skórzanych obcasach.
Gdy tylko się ubrał, wyszedł na przystanek autobusowy, gdyż muzeum znajdowało się w pewnej odległości od domu Protazego. Po przyjeździe do muzeum emeryt upewnił się, że obejrzenie tej wystawy było dobrym wyborem, bo przed wejściem zgromadził się tłum ludzi. Podobnie, jak Protazy, też uważali wystawę za bardzo atrakcyjną i wartą zobaczenia.
Przed muzeum Protazy musiał trochę poczekać, bo z uwagi na dużą frekwencję nie można było wpuścić wszystkich jednocześnie. Podzielono chętnych do obejrzenia wystawy na grupy, które oprowadzali przewodnicy. Dodatkowym plusem tego wydarzenia, co dla Protazego było sprawą dużej wagi to fakt, że wstęp na tę wystawę był bezpłatny.
Gdy nadeszła jego kolej, Protazy wraz z grupą, do której został zaliczony, wszedł do środka muzeum. Przewodnik szczegółowo omawiał poszczególne eksponaty, które ustawiono chronologicznie według lat ich pochodzenia.
I tak, począwszy od najprostszych rodzajów najdawniejszej broni, jak dzidy, czy noże wykonane z kamienia, przez okazy broni późniejszej, jak metalowe miecze i sztylety, wszyscy zwiedzający mogli prześledzić rozwój wyposażenia żołnierzy na przestrzeni wieków. Nie tylko jednak broń stanowiła przedmiot wystawy. Ciekawe było również wyposażenie ochronne.
W pewnym momencie grupa zwiedzających zatrzymała się przy wielkiej zbroi rycerza, którą ustawiono na specjalnym, wzmocnionym stojaku umożliwiającym jej odpowiednie pokazanie. Taki stojak był niezbędny z uwagi na znaczną wagę takiej zbroi dochodzącą do kilkudziesięciu kilogramów. Przewodnik omówił drobiazgowo poszczególne części zbroi, poinformował, kiedy i kto ją stosował.
Po zakończeniu swojej prezentacji przewodnik poprosił zwiedzających o przejście do następnej sali. Wszyscy posłusznie poszli za przewodnikiem z wyjątkiem Protazego. Emeryt był tak zafascynowany tą ogromną zbroją, że stał przed nią, jak urzeczony, nie mogąc od niej oderwać wzroku. Pomimo widocznej informacji o zakazie dotykania eksponatów Protazy chciał osobiście i namacalnie przekonać się o autentyczności tego eksponatu.
Rozejrzał się dokoła i zauważył, że jego grupa była już w następnej sali, a następna grupa jeszcze nie dotarła do sali, w której stała zbroja. Emeryt został więc sam na sam ze zbroją, która zdecydowanie górowała nad wątłą sylwetką Protazego.
Zachęcony tą sytuacją dotknął jej lekko ręką, żeby się przekonać, czy rzeczywiście jest prawdziwa. Poczuł twardość metalu, więc uznał, że eksponat jest autentyczny. Protazemu było jednak mało. Po dotknięciu łokcia zaczął próbować inne części zbroi. Wypróbował górne partie eksponatu i ukląkł, aby przekonać się o autentyczności elementów osłaniających kolana. W pewnym momencie mocniej ścisnął dłonią metalowy ochraniacz kolana i nagle usłyszał dziwny szum nad głową. W tej samej chwili wielka zbroja zakołysała się nad głową Protazego, przechyliła się ku przodowi i runęła całym swym ciężarem na wątłe ciało emeryta. Protazy wydał z siebie krzyk przerażenia, gdyż został przygnieciony ciężką zbroją, która powaliła go na kamienną posadzkę muzeum.
Tymczasem nadeszła następna grupa. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli wielką zbroję leżącą na podłodze, spod której wystawały miotające się ręce i nogi Protazego. W pierwszej chwili sądzili, że oglądają inscenizację walki, w której rycerz w zbroi przydusił przeciwnika na ziemi, ale w miarę upływu czasu uznali, że to jednak jakieś nieprzewidziane zdarzenie. Przewodnik towarzyszący tej grupie wezwał zaraz strażników, którzy zbiegli się przy zbroi. Zaczęli podnosić ją do góry, co z uwagi na jej ciężar, nie było łatwym zadaniem. Minęło chyba dobrych pięć minut zanim ponownie ustawili ją na stojaku.
Protazy tymczasem leżał na podłodze z solidnymi siniakami na rękach i na czole, pojękując z bólu. Zwiedzający usiłowali podnieść go, ale emeryt przy każdej próbie dotyku wydawał głośniejsze jęki, co zniechęcało życzliwych pragnących mu pomóc. Uznali, że lepiej go nie dotykać, bo może coś sobie złamał i każda próba postawienia go na nogi mogłaby pogorszyć sytuację. Przewodnik zadecydował, że pójdzie z grupą zwiedzających do następnej sali, a strażników poprosił o wezwanie pogotowia. Do chwili przyjazdu karetki salę wyłączono dla zwiedzających. Po dziesięciu minutach pojawili się ratownicy. Zanim jednak przyjechali, strażnicy wezwali dyrektora, który zaczął wyjaśniać okoliczności tego zdarzenia.Proszę powiedzieć – rzekł do Protazego – jako to się stało, że zbroja przewróciła się na pana. Dziwi mnie ten fakt, bo wszystkie eksponaty zostały solidnie zabezpieczone i nie miały prawa się przewrócić.
Emeryt oszołomiony obrażeniami wynikłymi ze zderzenia z metalowym tworem odparł słabym głosem:

No po prostu zbroja w pewnym momencie runęła na mnie.

To ciekawe – dociekliwie dopytywał się dyrektor – czy pan aby nie majstrował przy niej ? Przecież wszędzie wiszą informacje zabraniające dotykania eksponatów.

To prawda – rzekł Protazy, który przyparty do muru podejrzliwym tonem wypowiedzi dyrektora wyraźnie zmiękł i z nieukrywaną szczerością wyznał:

Ale wie pan, ona była tak atrakcyjna i ciekawa, że nie mogłem powstrzymać się i ją dotknąłem.

No proszę ! – podniesionym głosem zagrzmiał dyrektor. Tak podejrzewałem, że coś musiał pan zbroić przy tej zbroi. To niemożliwe, żeby eksponaty same się przewracały. Zostały przed wystawą gruntownie sprawdzone i zabezpieczone.
No, ale jeśli nie przestrzega się zasad regulaminu, to się właśnie tak kończy. Proszę nie liczyć zatem na jakiekolwiek odszkodowanie z tytułu poniesionych obrażeń, bo to ewidentnie pańska wina.
Protazy potulnie pochylił głowę i nie powiedział ani słowa, jakby przyznając rację i przychylając się do wniosków dyrektora. Dyrektor nie zamierzał jednak kończyć:

Muszę pana zmartwić, bo przez nieodpowiedzialne zachowanie spowodował pan zapewne szkody, których koszty będzie musiał ponieść.
Słysząc te słowa, Protazy zrobił markotną minę, gdyż uświadomił sobie, że ta bezpłatna wystawa może zamienić się w najdroższy w życiu bilet wstępu.
Na szczęście strażnicy ustawili zbroję na swoim miejscu, a twarda posadzka okazała się odporna na jej upadek. Szepnęli zatem dyrektorowi, że właściwie to nie stwierdzono żadnych szkód.

No to ma pan szczęście – zwrócił się do Protazego – tym razem się panu upiekło. Nie musi pan nic płacić.
Rozmowę z dyrektorem przerwało pojawienie się ratowników, którzy zajęli się Protazym. Nie stwierdzili, co prawda, na podstawie wstępnych oględzin poważniejszych obrażeń poza siniakiem na czole i rękach oraz drobnym otarciem nosa, ale profilaktycznie zabrali Protazego do szpitala w celu wykonania prześwietlenia.
Emeryt musiał, niestety, zmienić lokal muzealnej sali na izbę przyjęć. Po trzygodzinnym oczekiwaniu okazało się, że diagnoza ratowników była słuszna, gdyż prześwietlenie nie wykazało żadnych obrażeń wewnętrznych.
Po tych wszystkich nieoczekiwanych wydarzeniach pełen wrażeń Protazy z plastrem na nosie powrócił do domu. Usiadł bezwładnie na fotelu i długo rozmyślał nad tym, co go spotkało. Dziwił się tylko, że czasem niewinne dotknięcie eksponatu może spowodować nieprzewidziane poważne następstwa.