Emeryt Protazy rzadko planował wychodzenie ze swego małego, jednopokojowego mieszkanka. Niekiedy jednak zmuszony był weryfikować swoje zamiary. Pewnego dnia spostrzegł, że oto w szufladzie jego szafki w pokoju leży rachunek za telefon. Z przerażeniem spojrzał na niego i zobaczył, że właśnie w dniu, w którym go znalazł przypadał ostatni termin płatności.

Protazy, jako człowiek przykładny i lojalny, gorliwie wypełniał wszelkie obowiązki, a także pilnował terminów, w jakich musiał uregulować wszelkie należności.

Tym bardziej nie mógł zrozumieć, jak to się mogło stać, że ten nieszczęsny rachunek trafił gdzieś na dno szuflady, a emeryt go nie zauważył. Nie lubił robić niczego na ostatnią chwilę, co wymagałoby niepotrzebnych nerwów i pośpiechu wpływających z pewnością na ogólne samopoczucie. Był zły na siebie, że doprowadził do takiej sytuacji, bo teraz będzie się musiał wybrać na pocztę, żeby w terminie uregulować należność.

Jako osoba dbająca o swój wizerunek Protazy zatroszczył się o odpowiedni strój. W tym celu, jak zwykle w podobnych przypadkach, wyjął z szafy swój tradycyjny ubiór wyjściowy, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę, zielony krawat w niebieskie grochy i buty na skórzanym obcasie. Przywdziawszy reprezentacyjny strój Protazy schował rachunek do marynarki, przygotował odpowiednią sumę pieniędzy i udał się na pocztę.

Po przybyciu na miejsce doznał niemiłego zaskoczenia. Ujrzał bowiem gigantyczną kolejkę, która wychodziła na zewnątrz urzędu pocztowego i ciągnęła się wzdłuż pobliskiego chodnika, przy którym przebiegał bujnie porośnięty trawnik. Jak to czasem się zdarza, na poczcie było czynne tylko jedno okienko, co spowodowało długą kolejkę i jeszcze dłuższe oczekiwanie na załatwienie sprawy. Protazy nie miał jednak innego wyjścia. Musiał koniecznie w tym samym dniu dokonać zapłaty, więc postanowił, że niezależnie od upływu czasu będzie cierpliwie stał w kolejce, aż osiągnie swój cel i stanie przed okienkiem. Kolejka przesuwała się dość wolno i stojący w niej ludzie zaczęli sobie umilać czas rozmową, której Protazy spokojnie się przysłuchiwał.

– A wie pani – powiedziała jedna z kobiet do stojącej obok sąsiadki w kolejce – że to chyba będą jakieś zmiany, bo słyszałam w telewizji, że tego ministra od gospodarki to mają zmienić. Bo wie pani, jakąś sobie młodą znalazł. Zostawił żonę i teraz z tą młodą wszędzie się afiszuje. Nawet był o tym jakiś reportaż. Chcą go usunąć ze stanowiska, bo to, wie pani, co za przykład dla ludzi. Taki minister to nie powinien się wdawać w jakieś romanse.

– I ma pani rację – odpowiedziała ta druga. Stary dziad, a jeszcze mu mało. Myśli, że jak jest na stanowisku i ma pełno szmalu, to wszystko może i jest nietykalny. A tu, proszę, jego też kolesie partyjni dopadli i już nie jest nietykalny.

– No tak- kontynuowała dialog ta pierwsza, ale z drugiej strony to nie wiadomo, kto będzie na jego miejsce. Jak się okaże gorszy, to jeszcze pani zobaczy. Zaraz wszystko podrożeje, ale emerytowi to nikt nie podwyższy.

– Co pani wygaduje? – wtrącił się do rozmowy stojący obok szpakowaty jegomość. To są tylko plotki. Przecież on ma dobrą opinię.

– Oni wszyscy mają dobrą opinię – odrzekła pierwsza z pań. Tylko później, jak im się dobiorą do skóry, to się okazuje, z kim kto się zadawał i w ile to afer jest zamieszany.

– Ale, co pani opowiada! – oburzył się szpakowaty. Ten człowiek nie należy do żadnych podejrzanych organizacji.

– A co go tak pan broni? Zan go pan, czy co? A może to jakiś pana bliski. Pewnie ma pan z nim jakieś kontakty – podejrzewała druga kobieta.

– A skąd! – zaprzeczył szpakowaty – nic mnie z nim nie łączy, wiem to z opowiadań.

– To chyba panu ktoś głupstw nagadał – odparła wzburzona pierwsza z kobiet, która już zdążyła z emocji poczerwienieć na twarzy.

Niespodziewanie do dyskusji włączył się czwarty z uczestników kolejki, wysoki, szczupły brunet, który, sądząc po wyglądzie, zdawał się być reprezentantem średniego pokolenia. On też wypowiedział swoją opinię, z którą polemizowały obydwie panie-emerytki.

Kolejka przesuwała się dość wolno do przodu, więc dyskusja rozwijała się w najlepsze. Głos zabierali coraz to nowi uczestnicy kolejki. Po chwili zapanował chaos. Rozlegało się kilka głosów jednocześnie i niebawem nikt nie mógł się zorientować, o czym jest tak naprawdę ta dyskusja, która wywoływała narastające emocje wśród zaciekawionych uczestników.

Protazy stał w milczeniu, czując coraz większą agresję wśród zgromadzonych w kolejce. Zresztą był z natury człowiekiem skromnym i nie lubił rzucać się w oczy. Gdyby włączył się w dyskusję, byłby zapewne zauważony i naraziłby się niechybnie na słowa krytyki, a tego chciałby uniknąć. A przecież temat, na który tak zaciekle rozmawiano, był mu zupełnie nieznany i obojętny. Nie wnikał z reguły w wydarzenia polityczne. Uznał bowiem, że i tak nie będzie miał wpływu na ich przebieg. Wolał postępować zgodnie z przepisami, jakie aktualnie obowiązują, a nie prowadzić rozważania na temat, co by było, gdyby. Jego zdaniem to raczej próżna dyskusja nie prowadząca do niczego.

Tuż obok trawnika leżał na chodniku kamień. Taki typowy, polny „koci łeb”, jakimi kiedyś brukowało się ulice. Nie wiadomo, skąd się tam znalazł i kto go zostawił. Jedna z pań-emerytek biorących udział w dyskusji tak się w nią zaangażowała, że w pełnym momencie zawadziła nogą o ten kamień i omal nie upadła. Wzburzona zaczęła wykrzykiwać:

– Kto tu zostawia takie kamienie na chodniku! Co za bałagan! Nogi sobie można połamać!

Stojący obok Protazy, który dotąd biernie przysłuchiwał się dyskusji, postanowił zaangażować się w pomoc tej pani i jako dżentelmen wykonać spektakularny gest, którym byłoby efektowne usunięcie kamienia z chodnika. Podszedł więc do niego i efektownym rzutem przemieścił kamień z chodnika na trawnik. Kamień zatoczył wysoki łuk i bezwładnie opadł na trawnik.

W tym momencie nastąpiło coś, czego nikt ze zgromadzonych obok w kolejce nie oczekiwał. Oto nagle w miejscu, gdzie upadł kamień, wytrysnął z trawy w powietrze strumień wody, który, niczym fontanna, strzelał w górę, zraszając intensywnie wszystko w promieniu kilku metrów. Osoby obdarzone refleksem błyskawicznie odskoczyły lub szybkim krokiem odeszły na bezpieczną odległość od trawnika. Protazy zaskoczony tym wydarzeniem stanął, jak wryty, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. W tym czasie woda o nie największym stopniu czystości zdążyła już dość mocno zwilżyć jego garnitur i cienkimi strużkami spływała z legendarnej trzydziestoletniej tkaniny wyjściowego stroju emeryta.

Jedna z pań dyskutantek pociągnęła Protazego za rękaw i odsunęła na bezpieczną odległość od miejsca wycieku. Dopiero wtedy emeryt ocknął się z chwilowego letargu.

Był to jednak dopiero początek jego problemów. Druga pani dyskutantka od razu ustaliła przyczynę tego zdarzenia i wskazując palcem na zamoczonego wodą z piachem Protazego zawyrokowała:

– To ten pan spowodował awarię wodociągu przez ten rzut kamieniem. Gdyby go lekko odłożył, a nie rzucał, to by rura pod ziemią nie pękła. Zaraz zadzwonię na policję i po pogotowie wodociągowe. Trzeba ukarać tego sprawcę!

Protazy próbował się bronić:

– Jak to, ja spowodowałem awarię? Przecież rura jest głęboko pod ziemią, a rzut kamieniem nie miał żadnego wpływu na awarię.

Całe zdarzenie spowodowało chwilową deformację kolejki, jakby wszyscy zapomnieli, po co tu przyszli. Nie mieli jednak innego wyjścia. Nie byli w stanie zatkać pękniętej rury wodociągowej i musieli czekać na przyjazd odpowiednich służb.

Wezwana przez panią policja pojawiła się po minucie. Z samochodu wysiedli dwaj funkcjonariusze, którzy dostojnie i z kamiennymi twarzami podeszli do osób stojących w kolejce.

– Co tu się stało? Kto nas wzywał? – rzekł jeden z policjantów.

Pani z kolejki podekscytowanym głosem zaraz odpowiedziała:

– To ja wzywałam, Proszę spojrzeć, co tu się dzieje na trawniku. Woda wytryskuje spod ziemi i już zalewa ulicę. A wszystko to przez tego pana, który stoi tu obok w tej różowej koszuli.

Wskazała ręką na Protazego, który nadal zaskoczony wydarzeniami nie mógł dojść do siebie i nawet nie zauważył, że na jego garniturze osiadła mieszanina wody z piaskiem. Policjanci ocenili jednak okoliczności zdarzenia chłodnym okiem i uznali, że w żadnym wypadku powodem awarii nie było kamień odrzucony przez Protazego z chodnika na trawnik. To po prostu zbieg okoliczności.

Po chwili przybyło pogotowie wodociągowe. Pracownicy pogotowia zakręcili zawór. Woda przestała wypływać, a oni zaczęli ustalać miejsce pęknięcia rury.

Policjanci odjechali, a pani z kolejki srogim wzrokiem spoglądała na Protazego, jakby nie mogąc się pogodzić z werdyktem policji.

Protazy stał dalej cierpliwie w kolejce, nie zważając na swój pobrudzony garnitur i buty zamoczone piaszczystą mazią, które przy każdym kroku zostawiały ciemną plamę na podłożu. Emerytowi przyświecał jednak jeden główny cel, jakim była zapłata rachunku. Nie zwracał więc uwagi na swój strój. Do czasu jednak. Gdy kolejka na tyle się przesunęła, że Protazy mógł wejść do pomieszczenia urzędu, spotkała go kolejna przykra niespodzianka. Usłyszał nagle glos urzędniczki z okienka:

– A pan gdzie się tu pcha? Taki zabrudzony i zapiaszczony. Nie widzi pan, że to czysta podłoga? Kto będzie w kółko sprzątał po takich, jak pan ? Niech pan natychmiast stąd wyjdzie.

– Ale ja stałem tyle czasu w kolejce, a dziś muszę zapłacić rachunek, To ostatni dzień. Dzisiaj mija termin – bronił się Protazy.

Stojąc w progu, zaczął potem opowiadać na cały głos o awarii, jak się nieopodal wydarzyła, a która była powodem stanu jego ubioru.

Urzędniczka zniecierpliwionym głosem przerwała jednak monolog emeryta:

– Dobrze, już dosyć opowieści. Niech pan tam stoi w progu i dalej nie wchodzi. Proszę dać komuś rachunek i pieniądze, żeby tu podszedł i zapłacił za pana.

Na szczęście dla Protazego znalazł się ktoś życzliwy, który podał rachunek i pieniądze do okienka, a po załatwieniu formalności przez urzędniczkę zwrócił resztę i rachunek emerytowi.

Niebawem Protazy udał się w drogę powrotną do domu. Cel swój zrealizował, ale po drodze zerkał w oczy mijających go osób, które były mocno zdziwione garniturem przyozdobionym w mokre plamy piasku.

Po powrocie do mieszkania Protazy głęboko westchnął. Zamierzenie swoje osiągnął, ale okupił to nieprzewidzianymi szkodami. Nie pozostawało mu bowiem nic innego, jak udać się nazajutrz do pobliskiej pralni.