Pewnego dnia emeryt Protazy oglądał regionalny program telewizyjny zawierający zapowiedź różnych wydarzeń kulturalnych organizowanych w czasie najbliższego weekendu. Jednym z tych wydarzeń miał być festyn sportowy w parku sąsiadującym z osiedlem, na którym mieszkał emeryt.

Prognozy pogody były zachęcające. Zapowiadano słoneczny, bezchmurny dzień z wysoką temperaturą.

Fakt ten spowodował, że Protazy nabrał ochoty na opuszczenie swego niewielkiego mieszkanka i wyjście na świeże powietrze choć na godzinę.

W sobotę rano emeryt był już mocno podekscytowany. Pospiesznie spożył śniadanie i przywdział swój tradycyjny strój wyjściowy, czyli trzydziestoletni garnitur, różową koszulę i zielony krawat w niebieskie grochy. Trudno sobie wyobrazić, żeby emeryt inaczej się ubrał, skoro miał przebywać na forum publicznym, jakim był parkowy festyn. W ramach tej imprezy przewidziano między innymi różne konkurencje sportowe dla ochotników, którzy zgłoszą się do udziału.

Protazy wszedł do parku i od razu doznał szoku, widząc tłumy chętnych wypełniających parkowe alejki. Przyszły tu całe rodziny, aby dać, zwłaszcza dzieciom okazję do sprawdzenia swych umiejętności w różnych konkurencjach, jak również spożycia typowych dla takich imprez smakołyków, jak wata cukrowa, gofry, lody czy chrupki. Emeryt czuł się trochę speszony tą masą ludzi. Miał wrażenie, że wszyscy się patrzą na niego, jak na dziwaka. On, który nie lubił się rzucać w oczy, znalazł się w nietypowej dla siebie sytuacji.

Szedł więc przygarbiony ze wzrokiem wbitym w asfaltowe alejki i tylko od czasu do czasu zerkał spod powiek na ustawiane przy alejkach różne stoiska, czy miejsca rozgrywania poszczególnych konkurencji. W pewnym momencie zauważył grupkę osób, która stała przy instruktorze uczącym strzelania z łuku. W oddali ustawiono tarcze, do których chętni mieli strzelać. Przedtem jednak instruktor udzielał wskazówek co do właściwego trzymania łuku i strzały, napinania cięciwy i wypuszczania strzały.

Protazy przystanął i z zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowom instruktora z chętnymi spróbowania swych sił w zmaganiach z lukiem.

W pewnej chwili instruktor rozejrzał się dokoła i wzrok jego padł na skromnego, lekko przygarbionego emeryta w staromodnym garniturze, który zdawał się być mocno zainteresowany poczynaniami łuczników.

– A może pan zechce spróbować – zagadnął Protazego instruktor.

– Nie, nie – odrzekł zaskoczony tą propozycją emeryt – w moim wieku to już nie wypada.

– Jak to nie wypada ? – odpowiedział zachęcającym głosem instruktor. Proszę pana, ja jestem byłym wyczynowym łucznikiem i znam przypadki, gdzie w klubie trenowały osoby w pana wieku, a nawet starsze. Przecież strzelanie nie jest wcale trudne. Owszem, trzeba wcelować w tarczę, ale jak pan opanuje technikę ułożenia luku i jego koordynację ze strzałą, to reszta sama się ułoży.

Naprawdę, gorąco zachęcam, radziłbym panu spróbować.

Protazy nie należał do osób upartych i na ogół nie lubił odmawiać tym, którzy go o coś proszą, nie bacząc na konsekwencje, jakie mogą dla niego powstać w wyniku nieprzemyślanych decyzji.

– Skoro pan tak nalega, to nie wypada mi odmówić – odrzekł Protazy.

– W takim razie zapraszam na stanowisko strzeleckie – zachęcał instruktor.

Protazy podszedł bliżej, chwycił łuk w rękę, a drugą ręką chwycił strzałę. Instruktor od razu wkroczył do akcji:

– Nie, nie ,proszę pana, strzałę proszę odwrócić grotem do przodu, a nie do tyłu. Poza tym łuk proszę trzymać prosto przed sobą, a nie w dół, bo inaczej strzeli pan sobie pod nogi.

Emeryt, wyraźnie speszony tymi uwagami i gęstniejącym wokół tłumem gapiów obserwujących jego łucznicze zmagania, wykonywał coraz mniej skoordynowane i coraz bardziej nerwowe ruchy. Instruktor uspokajał Protazego:

– Proszę tak nie drżeć. Niech się pan rozluźni. Człowiek nie może być napięty. To raczej cięciwę trzeba napiąć, żeby wypuścić strzałę w kierunku tarczy.

Próby oswojenia Protazego z łukiem przedłużały się, co nie przeszkadzało wcale obserwatorom. Tłum ciekawskich z ironicznymi uśmieszkami na twarzach czekał z rozbawieniem na finał tej całej operacji.

To jeszcze bardziej zdeprymowało emeryta. Wiedział, że nie jest asem w tej dyscyplinie i taka widownia nie zgromadziła się, aby go podziwiać ale raczej drwić.

Instruktor nie zwracał jednak uwagi na liczną grupę obserwatorów. Odczuwał bardziej satysfakcję, że jego instruktaż spotkał się z tak dużym zainteresowaniem. Po półgodzinnych , cierpliwie udzielanych wskazówkach instruktora Protazy nabrał już na tyle wprawy, że mógł samodzielnie wykonać strzał. Był to spory wysiłek dla wątłego emeryta, bo wysłanie strzały w powietrze wymagało sporej siły. Emeryt chciał jednak zaimponować zgromadzonym gapiom, jakby chciał im powiedzieć:

– Widzicie, nie jestem najmłodszy, ale wam pokażę, co potrafię.

Protazy napiął muskuły do granic, aż na poczerwieniałych skroniach pojawiły się nabrzmiałe żyły,

W kulminacyjnym punkcie emerytowi zadrżała ręka i odruchowo podniósł łuk do góry. Strzała, zamiast do tarczy, wyleciała pionowo do góry. Pech chciał, że w tym momencie nad parkiem przelatywała wrona, w którą przypadkowo trafiła lecąca strzała. Ptak przebity na wylot spadł wraz ze strzałą na ziemię parę metrów obok stanowiska łuczniczego.

– No cóż – stwierdził instruktor – trochę panu nie wyszło, ale za to ustrzelił pan nieoczekiwaną zdobycz. Ma pan dobre zadatki na myśliwego.

Protazy wystraszony swym nieplanowanym wyczynem wtopił się od razu w tłum i znikł z oczu instruktora, przemieszczając się dalej wzdłuż alejki.

Pechowo dla emeryta w pobliżu stanowiska łuczniczego znaleźli się członkowie Towarzystwa Ochrony Zwierząt. Zobaczywszy wyczyn Protazego, uznali to za ewidentny przypadek kłusownictwa i ruszyli za oddalającym się emerytem, aby go ująć i ukarać. Przeciskali się przez gęsty tłum, usiłując utrzymać wzrokowy kontakt ze znikającym Protazym.

Tymczasem za emerytem podążał przypadkowy obserwator jego łuczniczych zmagań, Był on członkiem koła łowieckiego i przypadkowy celny strzał emeryta tak mu zaimponował, że chciał zaproponować Protazemu członkowstwo w tym kole. Niepomny tego, kto za nim podąża po kilku minutach przepychania się pomiędzy przechodniami uspokoił się, licząc na to, że wreszcie w spokoju będzie mógł popatrzeć na inne wydarzenia, jaki miały miejsce na festynie.

Przystanął więc przy wysokiej wieży, gdzie miały się odbyć pokazy skoków na spadochronach.

Jeden ze skoczków opadał właśnie na ziemię. Wiatr go trochę zwiał na bok, co spowodowało, że wylądował poza wyznaczonym do tego miejscem, akurat tam, gdzie stał Protazy.

Otwarty spadochron przykrył całą swą powierzchnią czaszy emeryta, który stracił równowagę i upadł. Natychmiast zaczął się wydostawać spod spadochronu, szamocząc się gwałtownie w różne strony. Nie ułatwiało to zadania skoczkowi, który próbował zwinąć spadochron. Gwałtowne ruchy Protazego uniemożliwiały mu to, bo akurat ciągnęli spadochron w różne strony. Zamieszanie, jakie w związku z tym powstało, wywołało ogólne zadowolenie wśród uczestników festynu. Widok przemieszczającej się czaszy spadochronu w różne strony ciągnionej w przeciwnych kierunkach przez skoczka i Protazego był niewątpliwym źródłem rozbawienia tłumu gapiów.

Po paru minutach tej szamotaniny skoczkowi udało się usunąć spadochron w jedno miejsce. Tym samym spod zwiniętej czaszy ukazał się postać zmaltretowanego emeryta, który z trudem łapał oddech.

Rozbawieni gapie zaczęli się powoli rozchodzić mocno uradowani spektaklem, jaki im przez przypadek urządzili Protazy i skoczek.

Protazy zdążył tylko otrzepać się z resztek trawy i wygładzić pognieciony garnitur, gdy raptem pojawiło się dwóch podejrzanych osobników. Jak się okazało, byli to dwaj członkowie Towarzystwa Ochrony Zwierząt, którzy tropili Protazego. Rozpoznanie go, z uwagi na charakterystyczny strój, nie było rzeczą trudną.

– No, wreszcie pana mamy, panie kłusowniku – powiedzieli prawie jednocześnie wyraźnie zadowoleni z faktu ujęcia sprawcy.

– Jaki kłusowniku ? – zdziwił się Protazy.

– A kto zastrzelił wronę ? – spytał kategorycznym tonem jeden z nich. Osobiście widzieliśmy, jak strzała wystrzelona przez pana przebiła na wylot to biedne zwierzę. Pan wie, że parkowe zwierzęta, w tym ptaki, są pod ochroną. Będziemy musieli zgłosić ten fakt do straży miejskiej, aby wymierzyć panu odpowiednią karę.

– Jaką karę ?Przecież ja nie strzelałem celowo. Trzymałem łuk pierwszy raz w życiu – tłumaczył się Protazy.

– Niech pan nie żartuje – odparł drugi z członków towarzystwa. Takiego strzału nie oddaje się pierwszy raz w życiu. Cel, jakim była wrona, przemieszczał się w powietrzu. Tym bardziej wymagało to większych umiejętności niż w strzelaniu do nieruchomego celu. Niech pan się naiwnie nie tłumaczy. Zaraz wzywamy straż miejską, a może i policja by się przydała, bo pański czyn ma znamiona wandalizmu.

– Jakiego wandalizmu ? – rozległ się nagle donośny glos. To członek koła łowieckiego, który też podążał za Protazym, dotarł właśnie do miejsca, w którym emeryt rozmawiał z członkami Towarzystwa Ochrony Zwierząt.

– Proszę natychmiast puścić tego pana – kontynuował przedstawiciel koła łowieckiego – to talent czystej wody. Nie każdemu udaje się taki strzał. Jak można karać kogoś, kto tak wspaniale strzela. Ja niezwłocznie złożę wniosek w swoim kole, aby tego pana włączyć do grona myśliwych.

– Absolutnie ! – oburzyli się członkowie towarzystwa – nie zgadzamy się. Ten pan jest wandalem, a nie żadnym talentem, czy myśliwym.

Obydwie strony tego dialogu wdały się w tak gwałtowny spór, że do dyskusji przyłączyły się inne osoby. Grupa ludzi powiększała się, z czego skorzystał Protazy. Po cichu przecisnął się przez zgromadzonych i zanim jego prześladowcy się zorientowali, wyszedł z parku i szybkim korkiem powrócił do domu.

Nadmiar wrażeń, jakich doświadczył w czasie festynu sprawił, że zdenerwowany Protazy postanowił odreagować. W tym celu zaparzył sobie podwójną kawę i delektując się jej upojnym aromatem zapadł w drzemkę w swym wiekowym fotelu.