Emeryt Protazy najlepiej czuł się w domu. Cztery ściany jego niewielkiego mieszkania stanowiły niezawodne schronienie i azyl spokoju, zapewniające mu dobre samopoczucie i brak niepotrzebnych napięć nerwowych.

Zbliżające się lato i piękna pogoda na zewnątrz stanowiły jednak niemałą pokusę dla Protazego, aby choć na krótko opuścić swój kameralny zakątek i wybrać się na łono natury.

Taką właśnie potrzebę poczuł pewnego dnia konserwatywny emeryt i postanowił wyruszyć na indywidualną wycieczkę na obrzeża miasta. Naturalnie nawet tam musiał się pokazać odpowiednio przyzwoicie ubrany. Tradycyjnie więc przywdział trzydziestoletni garnitur, różową koszulę i zielony krawat w niebieskie grochy. Jak zwykle w przypadku wycieczek nie założył butów na skórzanym obcasie, lecz białe tenisówki, które zapewniały mu wygodę na rozgrzanym słońcem gruncie.

W takim stroju emeryt wyszedł na ulicę i udał się na pobliski przystanek autobusowy. Po kilku minutach siedział już wewnątrz pojazdu zmierzającego do pętli, która znajdowała się tuż obok pobliskich łąk i pól.

Protazy wysiadł z autobusu i zaczął spacer polną drogą wśród pokrytych świeżą zielenią wierzb i topoli. Po bokach dumnie piętrzyły się trawy, zioła i polne kwiaty znajdujące podatny grunt do rozkwitu w cieniu drzew. Protazy śledził uważnie te wszystkie cuda natury. Zaczerpnął świeżego powietrza głębokim oddechem, co sprawiło mu poczucie niewątpliwego zadowolenia. Nareszcie był z dala od przesiąkniętego spalinami miejskiego zaduchu, w którym zwykle się obracał,

Szedł więc sobie ścieżką, nie zwracając uwagi ani na upływ czasu, ani na odległość od pętli autobusowej zwiększającej się z każdym krokiem.

W pewnej chwili zza drzew Protazy ujrzał rozległą łąkę, na której pasła się krowa. Wysoka temperatura i palące słońce, ale również i oficjalny strój nie bardzo pasujący do wycieczkowych okazji spowodowały, że emeryt poczuł pragnienie. Niestety, w okolicy nie było żadnej możliwości kupna wody, czy jakichkolwiek innych napojów. Popatrzył na krowę i raptem skojarzył, że jest ona najlepszym źródłem zwilżenia wysuszonego gardła.

Pomyślał sobie, że nic się nie stanie, jeżeli z jej obiecująco wyglądających wymion uszczknie sobie choć odrobinę mleka. Rozejrzał się wokół, ale nikogo z ludzi nie zauważył, To jeszcze bardziej zachęciło Protazego do realizacji swego misternego planu. Po cichu, wolnym krokiem zbliżył się do krowy, która zajadając trawę nie zwracała uwagi na podchodzącego od tyłu emeryta. Protazy przyklęknął na jedno kolano i już wyciągał rękę do wymienia, ale pomyślał, że lepiej będzie czymś zainteresować krowę, gdyby tak nagle spłoszyła się. Zobaczył rosnące obok maki. Zerwał ich cały pęk i, trzymając go w jednym ręku, ponownie przyklęknął obok krowy, aby drugą ręką pociągnąć ją za wymiona. Pomyślał jednak, że taka pozycja nic nie da, bo mleko zamiast do ust, będzie płynąć na ziemię. Protazy zmienił więc pozycję i położył się na plecach pod wymionami. Ruchy emeryta zdziwiły nieco krowę, która odwróciła łeb i patrzyła zdumiona na nietypowe wyczyny nieznanego przybysza.

W pewnym momencie emeryt usłyszał złowrogi ryk. Podniósł nieco głowę i z przerażeniem stwierdził, że ku niemu nie wiadomo skąd galopuje rozjuszony byk. Być może jego agresję spowodowały czerwone maki, którymi Protazy wymachiwał, gdy usiłował się ułożyć pod krowimi wymionami. A może byk widział w nim rywala w walce o względy pokojowo nastawionej krowy ?

Nie czas jednak był na domysły. Postać zbliżającego się gwałtownie muskularnego byka zmuszała Protazego do pilnego szukania drogi ucieczki.

Jedyne, co mógł zrobić, to odejść na pewną odległość od krowy. Nie wiadomo tylko, czy byk się tym zadowolił. Może nadal by go gonił, chcąc się pozbyć niechcianego intruza ?

Protazy przyspieszył kroku, lecz jako człowiek już nie najmłodszy nie mógł rozwinąć dużej szybkości. Szedł więc szybkim krokiem przez łąkę w kierunku ścieżki, zerkając panicznie na dynamiczny cwał agresywnego byka.

Przestraszony emeryt zapomniał już o dręczącym go pragnieniu. Myślał jedynie o wynalezieniu jakiegoś sposobu skutecznej ucieczki przed tą rozsierdzoną bestią.

Na szczęście dla Protazego na łące znajdowała się miedza, która wystawała nieco ponad powierzchnię łąki, ale porośnięta bujną trawą nie była zbyt dobrze dostrzegalna. Byk również jej nie zauważył. Zapatrzony dzikim wzrokiem i żądzą odwetu na wątłym emerycie zawadził w pewnym momencie kopytem o wystającą kępę trawy i runął, jak długi na ziemię, zanurzając swe przestronne ciało w zielonej gęstwinie łąkowych roślin.

Ten fakt wybawił emeryta z opresji, który zdążył oddalić się na bezpieczną odległość zanim zaskoczony niespodziewanym upadkiem byk znów stanął na cztery nogi.

Emeryt w pośpiechu oddalał się od pechowej łąki i wracał tą samą ścieżką w kierunku pętli autobusowej. Po takiej przygodzie zamierzał już wracać do domu. Słońce prażyło coraz bardziej, a i wyschnięte gardło dawało o sobie znać. Idąc ścieżką, poczuł jednak jakiś niezbyt przyjemny zapach. Było to o tyle dziwne, że gdy szedł poprzednio w kierunku łąki nic takiego nie miało miejsca. Mógł upajać się aromatami ziół i kwiatów, które wypełniały całą okolicę. Uznał jednak, że może zmienił się kierunek wiatru i teraz wieje on może od strony jakiejś spalarni lub wysypiska śmieci. Pociągając co jakiś czas nosem, jakby sprawdzając, czy zapach ten jest nadal obecny, Protazy doszedł do pętli autobusowej. Niebawem wsiadł do pojazdu, który już tam stał.

Wewnątrz było parę osób, ale zaledwie Protazy wsiadł do środka, wszystkie te osoby przeszły w drugi koniec autobusu. Emeryt zdziwił się więc, dlaczego zostawiają mu tyle miejsca. Jednocześnie nadal czuł ten zapach, który prześladował go od chwili, gdy wyszedł z łąki na ścieżkę w drogę powrotną do pętli autobusowej.

Protazy miał do przejechania trzy przystanki, ale na każdym z nich wsiadający pasażerowie natychmiast oddalali się od niego, patrząc z niesmakiem w stronę zdziwionego emeryta.

Gdy Protazy wysiadł z autobusu, postanowił zrekompensować sobie brak możliwości skosztowania krowiego mleka. Po drodze wstąpił więc do sklepu, aby dokonać odpowiedniego zakupu. Zachowanie ludzi w sklepie było jednak podobne, jak w autobusie. Protazy, mimo że czuł ten niemiły zapach, nie orientował się, o co chodzi. Wszyscy omijali go szerokim łukiem i nawet pani kasjerka spojrzała pogardliwie na niego, wykrzywiając usta.

Protazy wracał jednak do domu z kartonem mleka, które miało się niebawem wlać do jego gardła i skończyć cierpienia związane z upalnym dniem.

Po wejściu do mieszkania emeryt zdjął marynarkę i wnet zrozumiał wszystko to, co się wydarzyło od momentu powrotu z łąki. Na plecach swego kultowego odzienia zobaczył brązową plamę, która stanowiła źródło prześladującej go woni.

Doszedł do wniosku, że kładąc się pod krowimi wymionami nie zauważył ukrytych w trawie resztek naturalnego nawozu, który, co prawda, dla pomidorów jest zbawienny, ale już dla ludzi, to niekoniecznie.

Teraz czekała go jeszcze jedna, tym razem nieplanowana wyprawa do pobliskiej pralni chemicznej.