Emeryt Protazy dbał o swój wygląd. Ilekroć pojawiał się na ulicy, nawet na zwykłym spacerze, nie wyobrażał sobie, by mógł się pokazać w innym stroju niż jego tradycyjny ubiór, czyli trzydziestoletni garnitur, różowa koszula, niebieski krawat w zielone grochy i buty na skórzanym obcasie.

Tak było również pewnego wiosennego dnia. Protazy postanowił powitać nową porę roku i uczcić to powitanie spacerem po swoim osiedlu. Ubrany, jak zwykle na takie okazje, przechadzał się po chodniku. Może w tym było trochę przypadku, a może i nie, bo akurat wybrał sobie taką trasę, którą przedtem nie chodził. To dziwne, bo jako człowiek konserwatywny i ostrożny na ogół lubił spacerować znanymi szlakami. Gwarantowało to spokój i pełny relaks, którego nie mogły zakłócać nagłe i nieoczekiwane zdarzenia.

Teoria Protazego czasem, niestety, była poddawana ciężkiej próbie w praktyce. Nie brał pod uwagę tego, że w życiu nic nie jest pewne i nawet na tak dobrze znanych mu szlakach mogą czekać na niego nieoczekiwane wydarzenia. Teraz prawdopodobieństwo ich wystąpienia było większe, bo wybrany szlak nie pojawiał się przedtem na jego spacerowych trasach.

Szedł więc sobie Protazy ulicą i tak dotarł do pewnego budynku, przed którym zgromadziła się spora grupa osób. Zaciekawiony emeryt zbliżył się do tej grupy, chcąc poznać przyczynę takiej niecodziennej sytuacji. Na demonstrację się nie zapowiadało, bo nie widział tam żadnych transparentów ani nie słyszał żadnych okrzyków protestu, które dominują przy takich okazjach. Nie witano też żadnej gwiazdy, czy celebrytów, bo nikt ze znanych osób tam się nie pojawiał. Ludzie w tej grupie byli spokojni i rozmawiali ze sobą w miarę cicho.

Nie wiadomo dlaczego, ale w tym momencie zrodziła się u Protazego wyjątkowa ciekawość poznania powodu, dla którego ci ludzie tu przyszli. Wszyscy byli odświętnie ubrani. Musiała więc to być jakaś specjalna uroczystość. Protazy zaczaił się więc we wnęce sąsiedniego budynku i z zaciekawieniem obserwował rozwój wydarzeń.

Usłyszał wtedy taki dialog:

– No widzisz, Jadziu. Tyle czasu czekamy, a ich jeszcze nie ma. Pokłócili się czy co ?

– Ależ, Marysiu, nie przesadzaj. Na razie nie są spóźnieni. Mamy jeszcze trzy minuty. A może gdzieś tkwią w korku ? Sama wiesz, jak to dzisiaj jest z tym poruszaniem się po mieście. Samochodów przybywa, a przecież ulice nie są z gumy. Nie da ich się poszerzyć.

Protazy zastanawiał się, na kogo tak czekają i czemu tak się niecierpliwią.

Stał jednak dalej w ukryciu, chcąc zaspokoić swoją ciekawość i rozwikłać wszelkie tajemnice związane z tym zgrupowaniem. Czas upływał, a nic się nie działo. Emeryt usłyszał z kolei wymianę zdań dwóch mężczyzn:

– Co sądzisz, Stasiu, o twym przyszłym zięciu ? Myślisz, że Alinka dobrze wybrała ?

– Zdzisiu, przecież to zawsze jest loteria. Nikt nie przewidzi, co komu może przyjść do głowy. Dzisiaj jest dobrze, a jutro sytuacja może się zmieniać nie do poznania. Słyszałeś pewnie, że ludzie i po trzydziestu latach potrafią się rozwieść.

Słysząc ten dialog, Protazy dokonał odkrycia. Teraz już wie, że ten tłum to goście weselni czekający na parę młodą. Zresztą teraz zobaczył duży napis „Urząd Stanu Cywilnego” nad wejściem do budynku. Przecież gdyby zauważył go wcześniej, nie musiałby snuć domysłów, po co ci ludzie tu się zgromadzili.

Po pięciu minutach dał się słyszeć narastający szum silnika samochodowego.

Faktycznie pod sam urząd zajechał biały mercedes, z którego wysiadła panna młoda w długiej, białej sukni, typowej dla tego typu uroczystości. Po chwili pojawił się drugi samochód – czarny ford – z którego wysiadł pan młody.

Wyraz jego twarzy sugerował, że jest bardzo zdenerwowany. Coś szeptał po cichy do siebie, a ludzie obdarzeni dobrym słuchem zorientowaliby się, że nie były to słowa parlamentarne.

– Co się stało ? – spytali goście.

Pan młody ze złością odpowiedział:

– Miał być tu już dawno, a gdzieś go poniosło i jeszcze nie dotarł.

– Ale kto taki ? – spytał pan Zdzisław.

– Jak to kto ? – odpowiedział zestresowany pan młody – mój świadek. Bez świadka ślub się nie odbędzie, a tu czas najwyższy, żeby rozpocząć ceremonię. Jesteśmy już spóźnieni o dziesięć minut.

W tym momencie w drzwiach wejściowych do budynku pojawił się urzędnik stanu cywilnego:

– Proszę państwa, proszę się pospieszyć. Nie możemy już dłużej czekać. Następni stoją w kolejce.

Para młoda wpadła w popłoch. Na tyle byli zestresowani, że z obłędem w oczach szukali kogokolwiek, kto znalazłby się jako zastępczy świadek.

Niech chcieli jednak, by był nim ktoś z gości weselnych. Gotowi byliby wziąć pierwszą lepszą osobę z ulicy.

Niestety, nie był to dobry moment dla Protazego. Nieopatrznie wychylił głowę z wnęki i został dostrzeżony przez pana młodego.

– Halo ! Proszę pana ! – krzyknął pan młody- proszę tu podejść.

Protazy, nie wiedząc, co się święci, posłuchał tej prośby i posłusznie przybliżył się do grupy weselników.

– Ma pan taki ładny ubiór, bardzo oryginalny. Może być pan naszym świadkiem na ślubie ?- spytała prawie równocześnie para młoda.

– Ja ? Świadkiem ? Ależ proszę państwa ! Jak to tak ? Z ulicy ? Bez przygotowania ? – usiłował bronić się Protazy.

– Proszę nic nie mówić, tylko wejść nami do urzędu. Dłużej nie możemy czekać – nalegali młodzi.

Teraz z kolei w panikę wpadł Protazy. Znalazł się bowiem w sytuacji, która powodowała wplątanie go w jakiś niepożądany układ. On miałby być świadkiem na ślubie jakichś nieznanych mu ludzi i to w dodatku, jak ktoś przypadkowy ściągnięty z ulicy ? Nie, to wszystko wydawało mu się niepoważne. Protazy jako człowiek o pewnych zasadach nie widział siebie w takiej roli.

Nie miał jednak wiele czasu na rozmyślania, bo w jednej chwili, jak cenną zdobycz, weselnicy otoczyli go w szczelnym kordonie i prawie siłą wprowadzili do sali ślubów. Urzędnik, który udzielał ślubu, poprosił świadków o dowody tożsamości. W tym momencie Protazy przypomniał sobie, że dowód osobisty zostawił w domu. Ten pozornie mało rozważny ruch stwarzał emerytowi niespodziewaną szansę wyplątania się z niepożądanej sytuacji. Gdy urzędnik poprosił Protazego o dowód, emeryt powiedział, że zostawił go w domu i żadnego innego dowodu ze sobą nie ma.

Na sali zapanowała konsternacja. Takiego oświadczenia nikt się nie spodziewał. Urzędnik stanu cywilnego zmarszczył czoło, bo uznał, że to jakaś próba ośmieszenia powagi urzędu. Mimo że musiał czekać na rozpoczęcie ceremonii ślubnej, to jeszcze pojawił się jakiś anonimowy świadek. W tym momencie drzwi do sali się otworzyły i wpadł przez nie zdyszany, prawdziwy świadek, na którego tak czekano.

– Przepraszam bardzo – szeptał ze zmęczenia – ale po drodze zepsuł mi się samochód i część drogi pokonałem biegiem z uwagi na zakorkowane ulice. Po tej wypowiedzi pan młody, który tak krytykował spóźniającego się świadka, odetchnął z ulgą.

Korzystając z ogólnego zamieszania, Protazy chyłkiem wymknął się z sali i wyszedł na ulicę. Był na siebie trochę zły za lekkomyślny wybór nieznanej trasy spaceru. Gdyby poszedł tradycyjnym szlakiem, z pewnością nie musiałby wystąpić w roli przypadkowego świadka.