W okresie letnim emeryt Protazy często łamał swą podstawową zasadę przebywania w zaciszu mieszkania przez cały dzień. Pewnego popołudnia słuchał programu telewizyjnego, w którym zalecano, zwłaszcza osobom starszym, aktywność fizyczną. Oczywiście nikt nie wymagał od zaawansowanych wiekowo jakichś wielkich wyczynów biegowych lub ekwilibrystycznych ćwiczeń na drążku. Zwykły spacer w zupełności wystarczał.

Protazy, jako człowiek dbający o swoje zdrowie, zachęcony takimi wiadomościami postanowił następnego dnia udać się na przechadzkę. Ponieważ w audycji nic nie wspomniano o stroju, emeryt uznał, że wybór ubrania zależy od niego. Trasę swojego spaceru wyznaczył po mieście, w części po często uczęszczanych ulicach. To uzasadniało konieczność założenia jego tradycyjnego ubioru, czyli trzydziestoletniego garnituru, różowej koszuli, zielonego krawatu w niebieskie grochy i butów na skórzanym obcasie. Protazy przewidywał, że po drodze spotka wiele osób i choć nie lubił rzucać się w oczy, wiedział, że i tak część tych, którzy go zobaczą będą mu się przyglądać. Chciał więc zaprezentować się w starannie dobranym, estetycznym stroju,

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, emeryt założył uprzednio zaplanowany strój i wyszedł na spacer. Pogoda temu sprzyjała, bo od rana świeciło słońce i raczej nie zanosiło się na deszcz. Była sobota, więc na ulicach panował spory ruch. Ludzie udawali się do sklepów po weekendowe zakupy lub wybierali się na różne wyjazdy, bądź na spotkania towarzyskie.

W tak dużym zgromadzeniu przechodniów Protazy jeszcze bardziej upewnił się co do słuszności wyboru swego stroju, W ten sposób w oczach ludzi, których spotka, będzie mógł się odpowiednio zaprezentować. Zadowolony z siebie emeryt spacerował więc swobodnie po ulicach, choć starał się swoim zwyczajem przemykać na skraju chodnika jako skromny człowiek nie lubiący wchodzić nikomu w drogę. Myślał, że w ten sposób uniknie kolizji z mijającymi go osobami i będzie mógł bez problemów przemierzyć zaplanowaną trasę spaceru.

Jego oczekiwania, niestety, nie sprawdziły się. Nie przypuszczał, że w tłumie przechodniów zostanie dostrzeżony przez dwóch podejrzanych osobników. Protazy nie wiedział, że od pewnego czasu w mieście grasował gang porywaczy, który za uwolnienie zakładników żądał okupu. Ci dwaj osobnicy należeli właśnie do tego gangu. Chodzili po mieście i obserwowali przechodniów, typując swe potencjalne ofiary. Nie wiadomo, czym się kierowali, że akurat zainteresowała ich osoba Protazego.

– Ty, widzisz tego faceta ubranego w przedpotopowy strój? – rzekł jeden z porywaczy, wysoki, barczysty kulturysta.

– No pewnie – odpowiedział drugi z nich, krępy i umięśniony, o 20 centymetrów niższy od tego pierwszego.

– Widocznie musi być nadziany. Jeśli nosi taki ubiór, to pamięta dawne czasy. Niewykluczone, że od wielu lat mógł gromadzić pieniądze i pewnie teraz dorobił się sporego majątku – kontynuował rozmowę wysoki kulturysta.

– Wiesz, to samo i ja pomyślałem – potwierdził ten niższy umięśniony.

– To co? – odparł kulturysta – bierzemy go.

– Zaraz, zaraz, nie tak szybko – rzekł niższy umięśniony. Chcesz go spłoszyć? Widzisz, ile tu ludzi. Jak zacznie krzyczeć, to się zrobi zamieszanie. Trzeba to załatwić bardziej kameralnie.

– W porządku – odparł wysoki kulturysta. Poczekamy zatem, jak wejdzie w jakąś odludną uliczkę. Na razie idziemy za nim.

Protazy tymczasem przemieszczał się po jednej z głównej ulic i w tłumie przechodniów nie mógł zauważyć podążających za nim dwóch porywaczy. Raz, co prawda, obejrzał się, ale dwóch podejrzanych typów, jakich dostrzegł, nie zrobiło na nim wrażenia.

Po pewnym czasie emeryt, zgodnie z wytyczoną trasą spaceru, skręcił z głównej ulicy w boczny zaułek, gdzie ludzi było znacznie mniej. Przypadkowo obejrzał się znów za siebie i ponownie dostrzegł dwóch tych samych osobników, których widział poprzednio. To zaczynało być podejrzane i nie wyglądało na przypadek. Emeryt przyspieszył kroku i skręcił w kolejną uliczkę, która akurat w tym czasie była opustoszała. Protazy zaczął się coraz bardziej denerwować. Obejrzał się po raz kolejny i ujrzał wyłaniających się zza skrętu w uliczkę znów tę samą dwójkę.

Emeryt nie miał wątpliwości. To na niego ci dwaj zastawili sidła. Tylko dlaczego akurat na niego? Nie mógł zupełnie pojąć, z jakiego powodu został obdarzony takim wątpliwym wyróżnieniem.

Protazy nie wiedział, że za jego plecami dwaj prześladowcy rozdzielili się. Jeden szedł za emerytem, a drugi przemknął przez okoliczne podwórka, aby raptem pojawić się przed Protazym. W pewnym momencie emeryt odwrócił się po raz kolejny i ponownie zobaczył wysokiego kulturystę. Szybko odwrócił głowę i już chciał ruszyć dalej, gdy nagle przed sobą ujrzał niższego umięśnionego. Teraz już Protazy nie miał wątpliwości. Znalazł się w pułapce, z której właściwie nie było wyjścia. Próbował jednak szukać dramatycznie ratunku:

– Co panowie ode mnie chcą? – spytał, nie czekając na reakcję obydwu porywaczy. Nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, jestem emerytem, więc i oszczędności też nie posiadam.

– Nie szkodzi – odparł wysoki kulturysta – pójdzie pan z nami, to się pan dowie, -po co nam jest potrzebny.

– Ale ja nie mam żadnych planów odnośnie spędzania czasu w panów towarzystwie – opierał się Protazy.

– Za to my mamy – odparł niski umięśniony.

– Opór na nic się zda. Po co mamy się męczyć, żeby wziąć pana siłą? Proszę pójść z nami, nie się panu nie stanie – tłumaczył wysoki kulturysta.

Protazy zdumiony łagodnym podejściem do sprawy ze strony swych rozmówców udał się bez protestu razem z nimi w kierunku zaparkowanego nieopodal samochodu. Potem dwaj porywacze nie byli już tacy uprzejmi. Zakneblowali Protazemu usta taśmą samoprzylepną. Tą samą taśmą związali mu ręce z tyłu.

Samochód ze związanym Protazym ruszył z miejsca. Emeryt z przerażeniem widział, jak pojazd wyjeżdża z miasta i przemierza jakieś nieznane okolice.

Po półgodzinnej podróży auto dotarło do jakiejś wiejskiej zagrody. Protazego wyprowadzono z samochodu i wepchnięto do stodoły, w której znajdowało się mnóstwo pustych drewnianych skrzynek. Sugerowało to, że w pobliżu musiał być sad owocowy. Posadzono Protazego na jednej z takich skrzynek, po czym wysoki kulturysta rzekł, zmieniając uprzejmy dotychczas ton:

– Teraz, kochasiu, posiedzisz sobie tutaj dopóki za ciebie nie dostaniemy okupu.

Protazy pomyślał, że pomysł jego porwania i żądania okupu był absurdalny. Kto niby miał dać ten okup? Jego brat, czy bratankowie? Przecież oni nie są zamożni. Może dozorca domu? To śmieszne. Najgorsze jest to, że porywacze byli przekonani, iż dostaną jednak okup. Musieli tylko rozeznać, kto z bliskich Protazego może spełnić ich żądania.

W pewnej chwili do stodoły wszedł starszy, tęgi i łysy mężczyzna ze złotym łańcuchem na szyi. Na palcu połyskiwał złoty sygnet. Niewątpliwie był to szef gangu. Spojrzał na Protazego i spytał dwóch porywaczy:

– Kogo mi tu przywieźliście? Wiecie przynajmniej, jaką ma rodzinę, znajomych, co ma w mieszkaniu. Kto niby ma zapłacić za niego okup?

Obydwaj porywacze osłupieli, słysząc te pytania. Zrozumieli, że porwali Protazego bez uprzedniego rozpoznania osoby uprowadzonej. Z niezręcznej sytuacji wyrwał ich jakiś czwarty członek gangu, szczupły i piegowaty dryblas.

– Szefie! – krzyknął rozpaczliwym głosem. Policja jest na naszym tropie. Wiejemy stąd!

Wszyscy czterej natychmiast rzucili się do dwóch samochodów stojących na podwórku. Wzięli ze sobą Protazego i odjechali w nieznanym kierunku. Ślad po emerycie zaginął.

A może Państwo, Drodzy Czytelnicy, wiecie, gdzie może przebywać pechowy emeryt Protazy?