Bajka wygrała konkurs „Bajka dla wnuka”, ogłoszony przez Urząd Dzielnicy Warszawa -Śródmieście w 2009 roku.

W pewnej zagrodzie u pana Mietka
Marzyły krowy wciąż o skarpetkach,
Niby zwyczajne, niby normalne,
Lecz hobby miały dość oryginalne.
Tym hobby były właśnie skarpetki
W kolorze, jaki mają nagietki

Lub mandarynek dojrzałe głowy,
Czyli w kolorze pomarańczowym.
Początek cała historia miała,
Gdy wigilijna noc nam nastała,
A w czasie, kiedy trwa noc ta święta,
To ludzkim głosem mówią zwierzęta.

Tak było również z tymi krowami,
Z czarno-białymi w sierści łatami.
Kiedy pan Mietek tuż po północy
Do swej obory po cichy wkroczył,
Od progu nagle usłyszał głosy
Bardziej poważne niż brzęki osy,
Grube, mruczące i niewesołe,
Co w przestrzeń biegły aż pod stodołę.
Stanął i patrzy, oczom nie wierzy,
Ku niemu stado krów zęby szczerzy
I krzyczy chórem: „Hej, panie Mietek,
Nie żartujemy, chcemy skarpetek !”.

Z wrażenia czoło Mietka pot schłodził,
Ledwie wyszeptał: „O co wam chodzi ?”
A na to krowy znów zgodnym chórem
Basem odrzekły, aż dźwięk szedł w górę:
„To całe życie jest wciąż koszmarne,
Bo nasze ciała są biało-czarne,
Pora, by wreszcie obraz ten zmienić,
Jak liść się zmienia w porze jesieni,
Tak i my mamy pomysły nowe:
Chcemy skarpetki pomarańczowe !
Gdy każda włoży na swe kopyto
Długą skarpetkę tak znakomitą,

To wioska cała z zazdrości pęknie,
Że tak będziemy wyglądać pięknie!”
Pan Mietek stanął nagle, jak wryty,
Bo pomysł nie był tak znakomity,
Jak to mu pięknie wyrzekły krowy,
Które dość groźnie podniosły głowy,

Chcąc zmusić siłą tu pana Mietka,
By im się spełnił sen o skarpetkach.
Pan Mietek, nie chcąc doznać pogromu,
Wybiegł z obory, czmychnął do domu,
A tam w mieszkaniu, w choinki cieniu,
Długo rozmyślał o tym zdarzeniu.

Tymczasem krowy strasznie uparte
Zauważyły, że drzwi otwarte
Im od obory zostawił Mietek,
Same więc wyszły szukać skarpetek.
Po kopnym śniegu, w blasku księżyca
Zalśniły krowie oczy i lica,

Zakołysały im się ogony,
Gdy wyszły krowy w rejs ten szalony.
Czy wiecie, dokąd tak wyruszyły
W ten czas zimowy ludziom niemiły ?
Otóż na pomysł wpadły odważny,
Na który pewnie wpadłby nie każdy.

Postanowiły ruszyć do miasta,
By w środku sklepu za ladą zastać
Kogoś, kto dałby im dar ten mały:
Tyle skarpetek, ile nóg miały.
Wyszły więc najpierw na wiejską drogę
Przez bramę, którą otwarły rogiem

I całą drogi tej szerokością
Ruszyły prosto z ogromną złością.
Zanim ciąg dalszy nam się pojawi,
Pora te krowy wszystkim przedstawić:
Pierwsza, największa ze wszystkich krowa,
Co nazywała się Eksportowa,

Była przywódcą nad całym stadem,
Każda z krów innych szła jej przykładem.
Druga na imię miała Mlekina,
Zdarza się czasem jej zapominać
O tym, co robić może lub musi,
Wtedy ją trzeba trochę przydusić.

Kolejna postać – krowa Armata,
Co głowę miała calutką w łatach,
Czemu tak zwali ją, zapytacie ?
Odpowiedź na to zaraz poznacie:
Otóż ta krowa, mrucząc, strzelała
Z nozdrzy ogromnych, twardych, jak skała.

Było też kilka krów z tego stada,
Które na imię miały Ballada.
Kto je tak nazwał ? Tego nikt nie wie,
Może je nazwał tak kot na drzewie,
Który, gdy księżyc zjawił się blady,
Miauczał tam swoje kocie ballady.

Był kłopot jednak, kiedy pół stada
Biegło, gdy zabrzmiał okrzyk: „Ballada !”
Wreszcie na końcu przyszło wspominać
O krowie, którą zwano Chudzina.
A to dlatego, że, jedząc mało,
Miała dość wątłe i marne ciało.

Czy pod księżycem, czy też pod słońcem
Przez skórę kości lśniły sterczące.
Z tego powodu dość słaba była,
Dlatego właśnie jej nie lubiła
I posyłała niemiłe słowa
Wspomniana wcześniej już Eksportowa.

Powróćmy jednak do opowieści.
Czy może w głowach wam się pomieścić,
Że w czas grudniowy, śnieżny, zimowy
Droga do miasta zmierzają krowy ?
Wszystko możliwe, jak widać, w świecie,
Niestraszne krowom zaspy, zamiecie,

Gotowe były przebrnąć mil setki,
By tylko zdobyć w sklepie skarpetki.
Na przedzie idzie, głowy nie chowa,
Największa w stadzie – ta Eksportowa,
Za nią Armata kroczy z Mlekiną,
Po śniegu, prawie jak statki, płyną,
Następnie Ballad grupa obszerna,
Z tyłu Chudzina zawsze mizerna.
Szły mimo mrozu zdecydowane,
Chciały do miasta dotrzeć nad ranem.
Los jednak sprawił, że w nocnym czasie
Jechał tą drogą traktorem Jasiek.

Lecz się pomylił, bo one wcale
Na bok nie schodzą, lecz idą dalej.
Zaczął hamować ostro, szalenie,
By nie zdarzyło mu się zderzenie,
A tu wśród nocy krzyczy te słowa,
Kręcąc ogonem wkrąg, Eksportowa:
Wracał do domu obok akacji
Z jakieś rodzinnej, wspólnej kolacji.
Zobaczył nagle, przetarłszy oczy,
Że środkiem drogi krów stado kroczy.
Zatrąbił Jasiek mocno klaksonem,
By przegnać na bok krowy szalone,

„Zjeżdżaj nam z drogi podły traktorze,
Nas, rozgniewanych krów, nikt nie zmoże,
Nikt nie zatrzyma, nikt nie zawróci,
Szkoda nam czasu, aby się kłócić.”
Jasiek się zdumiał: „Już świt się zbliża,
A krowa ludzkim głosem ubliża,
Czyżby się zdarzył cud niesłychany,
Zwierzętom ludzki głos nie zabrany ?”
Gdy tak rozważał te słowa krowie,
Ani się spostrzegł, jak leżał w rowie.
Krowy już dłużej czekać nie chciały
I w rów zepchnęły traktor ten cały.

Jasiek więc musiał szukać pomocy,
A krowy poszły dalej po nocy.
Po trzech, a może czterech godzinach
Z tyłu zaczyna jęczeć Chudzina,
Że już sił nie ma, że już zmęczona,
Że jej przemarza koniec ogona.
Na to grzmi z przodu w tył Eksportowa:
„Cicho, Chudzino, coś ty za krowa,
W garść weź się zaraz i bądź, jak skała,
Nie moja wina, że jeść nie chciałaś.”
Słysząc te słowa, cicha Chudzina
Nie chciała znowu skarg swych zaczynać

I, by się rozgrzać, to w każdą stronę
Machała nieco zmarzłym ogonem.
Tymczasem Mietek tuż po wieczerzy
Zasnął z rodziną, w pościeli leży,
Nie wiedząc o tym, że jego krowy
Przygód zachciały poszukać nowych.

We śnie zanurzył się bez pamięci,
Nie wiedząc jeszcze, co się tu święci.
Wtem kogut zapiał, bo świt wstał nowy
I przerwał Mietka ten sen zimowy.
Pomyślał Mietek: „Już czas w zagrodzie
Tę samą pracę zacząć, jak co dzień.

Choć przyszły święta, nie czas się bawić,
Pora zwierzętom śniadanie sprawić”.
Pan Mietek zawsze z samego rana
Najpierw zwykł krowom przynosić siana.
Wyszedł więc z domu, oczom nie wierzy
I z przerażenia siekacze szczerzy,

Bo oto widzi, a nie jest chory,
Że drzwi otwarte są od obory,
W środku jej pusto, krów żadnych nie ma,
Dla detektywa dobry to temat,
Aby wyśledzić, co stać się mogło,
Co mu krów stado gdzieś w świat wywiodło

Gdy jeszcze spostrzegł, że w płocie brama
Tkwiła rozwarta, to już był dramat.
Wybiegł pan Mietek więc przed zagrodę,
Drapał się w głowę, drapał się w brodę:
„Dokąd te krowy wywędrowały,
Czy ktoś je ukradł, czy same zwiały?”

Nagle zobaczył ślady na śniegu,
Na środku drogi i na jej brzegu,
Ślady to były kopyt głębokie,
Każdy by dostrzegł je gołym okiem.
Patrzy pan Mietek i już poznaje:
„To tędy krowy, moje hultaje,

Nocą uciekły gdzieś tam przed siebie
W świetle księżyca i gwiazd na niebie.”
Wrócił pan Mietek, założył szubę,
I rękawice na ręce, grube,
Na głowę czapę i raźno ruszył,
Aby mu śladów śnieg nie przyprószył.

Poszedł wyśledzić, gdzie to też krowy
Chciały dla siebie znaleźć dom nowy.
Musiał iść pieszo, bo nieraz bywa,
Że się do auta nie ma paliwa.
W tym czasie wszystkie Mietkowe krowy
Doszły, gdzie przejazd był kolejowy.

Szlaban zamknięto, bo wczesnym świtem
Przejeżdżać tędy miał pociąg z żytem.
Krowom ten szlaban był niewygodny,
Więc go rogami zdrowo pobodły
I przez szlabanu pręty zgniecione
Wyszły na tory, nieujarzmione.
Tymczasem pociąg pędził z oddali,
Pan maszynista poprawiał szalik,
Gdy wtem zobaczył z lokomotywy
Widok niezwykły, ale prawdziwy:
Krów stado stoi sobie na torach,
Jak dla pociągu żywa zapora.

Wcisnął więc zaraz hamulce wszystkie,
Zwalniał bieg pociąg z ogromnym piskiem,
Ścierał dwie szyny wściekle kołami,
Aż się zatrzymał tuż przed krowami.
Wysiadł z pociągu pan maszynista,
Chciał przegnać krowy, rzecz oczywista,
Lecz się aż pod nim ugięły nogi,
Gdy krowy w górę podniosły rogi,
A Eksportowa groźnie mruknęła:
„Bierzcie się, krowy, zaraz do dzieła.
Szłyśmy bez przerwy prawie noc całą,
Więc nam się chyba trochę zgłodniało.

W pociągu ziarna smacznego tony,
Śmiało ruszajmy więc na wagony !”
Zbladł maszynista, słysząc, jak krowa
Po ludzku mówi przeróżne słowa,
Nie mógł się cudom takim nadziwić,
Nie śmiał się nawet krowom sprzeciwić.
Krowy tymczasem nie próżnowały,
Wagon otwarły, ziarno zjadały,
W porannej ciszy, od wczesnej pory
Mlaskały głośno krowie jęzory.
Ziarna w wagonie nie brakowało,
Więc gdy się krowom jeść już nie chciało,

Przeszły przez tory na drugą stronę,
By po skarpetki iść ulubione,
A maszynista stał wciąż bez słowa,
Jakby go nagle ktoś zaczarował.
Szły sobie krowy, już najedzone,
Zmarzniętym traktem w miasteczka stronę.
Nagle ta, którą zwano Mlekina,
Co zwykła stale coś zapominać,
Stanęła w miejscu i patrzy w górę,
Czoło zrobiło jej się ponure,
Ogon spuściła, uchem zastrzygła,
Bo w górze jakieś dostrzegła śmigła.

To helikopter gdzieś przelatywał,
Trochę się kręcił i trochę kiwał,
Tak się Mlekinie nie podobało
Helikoptera warczące ciało,
Że muczeć zaraz zaczęła wściekle,
Jakby ktoś diabła przypalił w piekle,
Tłukła ogonem siebie po bokach,
Jakby dojrzała byka w obłokach,
A to był tylko helikopterek,
Co na poranny leciał spacerek.
Lecz Eksportowa – to przywódczyni,
Zaraz krzyknęła w stronę Mlekini:

„Co ty wyprawiasz, czyś ty się wściekła?
Czy nie pamiętasz, skąd żeś uciekła ?
Czy nie wiesz, po co my tu idziemy ?
Czego szukamy, czego pragniemy ?
Jeśli się zaraz nie uspokoisz,
To całe stado skórę ci złoi.”
Podobne były słowa Armaty,
Wszystkie Ballady też były za tym,
Nawet na końcu stada Chudzina
Cicho mruknęła „Spokój, Mlekina.”
Mlekina nagle się otrząsnęła:
„Ach, zapomniałem, chyba przysnęłam,

Teraz już jestem znowu gotowa,
By po skarpetki z wami wędrować.”
I już po chwili znów stado zgodnie
Szło do miasteczka dumnie i godnie,
Lecz pokonując takie przestrzenie,
Poczuły krowy wielkie pragnienie.
Gdy ziarno jadły, nic nie wypiły,
Więc nadwątlone stały się siły,
Dlatego dała znak Eksportowa,
By coca coli gdzieś popróbować:
„Codziennie zwykła wodę pijemy,
Trzeba odmiany, dobrze to wiemy,

Nie zadowolą nas lody z pola,
Dziś dla nas tylko jest coca cola !”
Krowom te słowa się spodobały,
Bo Eksportowa – wódz doskonały,
Zawsze udane rzucała hasła,
Kiedy leżała, kiedy się pasła
I teraz nawet w czasie wyprawy
Pomysł do głowy wpadł jej ciekawy.
Ruszyły wszystkie raźno przed siebie,
By bar gdzieś znaleźć i w nim posiedzieć,
A przy okazji popić do woli
Jeszcze nieznanej im coca coli.

Idą i patrzą, na skraju pola
Barek nieduży, szyld „Coca cola.”
Całkiem ciekawa zdaje się chata,
Więc przypuszczają krowy tu atak.
Stuka rogami w drzwi Eksportowa,
W drzwiach drży solidna deska dębowa,

Bo Eksportowa w dodatku przy tym,
W drzwi swym potężnym wali kopytem.
Właściciel baru przez okno zerka,
Przy tym z wrażenia kłuje go nerka,
Gdy widzi krowie wzburzone stado,
Które próbuje zawładnąć ladą.

Lecz, cóż miał począć ten biedaczyna ?
Z krowami lepiej jest nie zaczynać,
Drzwi im otworzył, bo gdyby zwlekał,
Drzazg by prysnęła ogromna rzeka.
Wkroczyły krowy do wnętrza baru,
Spojrzały groźnie do kątów paru

I nagle pomruk rozległ się wielki,
Gdy zobaczyły duże butelki,
W których czekała już coca cola,
Chętna, by w krowie gardła ją polać.
Chwyciły krowy butelki w pyski,
Aż w oczach dzikie jaśniały błyski,

Lecz pewnie stałyby tak do wtorku,
Bo nie umiały odkręcić korków.
Do właściciela wtedy te słowa
Wyrzekła nagle, kto ? Eksportowa:
„Przynieś nam wiadro tu, właścicielu,
Wlej coca coli z butelek wielu,
Pospiesz się tylko, dłużej nie czekaj,
Spójrz, suchych gardeł tyle tu czeka.”
Słysząc te ludzkie z krowich ust słowa,
Omal właściciel wnet nie zwariował:
„Czy sen to jakiś dziś mnie zniewolił,
Że krowy nagle chcą coca coli ?”

Tak się przestraszył krów tych widokiem,
Że w mig się zjawił z wiadrem głębokim
I coca coli wlał tam po brzegi,
Aby napoić krowie szeregi.
Wypiły krowy napój w sekundę,
Właściciel musiał powtórzyć rundę,
Powtarzał jeszcze dwanaście razy,
Już się kończyły jemu zapasy,
Gdy Eksportowa krzyknęła wszystkim:
„Dosyć już picia, wytrzyjcie pyski !
Czas już” – dodała, machnąwszy rogiem –
„aby wyruszyć nareszcie w drogę”

Krowy więc wyszły, lecz nie Mlekina,
Ona – wiadomo – wciąż zapomina.
Stała w bezruchu na środku baru,
Jakby dostała w słońcu udaru,
Patrzyła jakimś zamglonym wzrokiem,
Z powieką lekko drżącą nad okiem,
Pewno już myśleć nagle przestała,
Po co ta krowia wyprawa cała.
Na dworze patrzy w tył Eksportowa:
„Nie ma Mlekiny? Gdzie się znów chowa ?
Ejże, Armato, wróć tam do baru,
Sprawdź, czy tam jeszcze gdzieś łyków paru

Nie chciała wypić nasza Mlekina,
Może się w tańcu jakimś wygina,
Może baluje tam z właścicielem,
A może wącha pachnące ziele ?”
Wraca Armata, wchodzi do środka,
Pewno już wiecie, kogo tam spotka,
Oto Mlekina zapominalska
Stoi i tylko jęzorem mlaska.
Wtem, jak nie strzeli z nozdrzy Armata:
„Zaraz stąd szybko, Mlekino, zmiataj !
Znów zapomniałaś, po co idziemy!
Stale są z tobą jakieś problemy !”

Nagle Mlekina znów się ocknęła:
„Jestem gotowa, idźmy, do dzieła !”
Ruszyły zaraz wszystkie znów razem,
Już nasycone napojem z gazem.
Gdy kilka minut zegar odmierzył,
Dostrzegły krowy szczyt miejskiej wieży.
„Oto i miasto widać przed nami !”
Krzyczy Armata, strzela nozdrzami,
Mlekina teraz nie zamyślona
Z radości pałąk robi z ogona,
Ballady wszystkie, jak na komendę,
Na środku drogi stanęły rzędem,

Z radości wielkiej, choćby do rana,
Krowiego tańczyć chciały kankana.
Nawet potulna, marna Chudzina
Też chciała tańce z nimi zaczynać.
„Dosyć tych błazeństw !” – na drodze owej
Rozległ się nagle krzyk Eksportowej:
„Nie pora teraz na jakieś bale,
Przed nami cel jest niełatwy wcale,
Musimy przecież osiągnąć metę,
Czyli sklep w mieście pełen skarpetek”
„Oj, racja, racja” – rzecze Armata
Trochę speszona, że figle płata,

„W pełni się zgadzam” – mruczy Mlekina
Trochę speszona, że figle wszczyna.
Wszystkie Ballady też spokorniały,
Nogi ugięły, jakby zmalały,
A i Chudzina jest tak zmieszana,
Że aż obija sobie kolana.
Tak do porządku już przywołane
Za Eksportową poszły w nieznane,
Żądne skarpetek odważne krowy
Wkroczyły w miejskiej krąg zabudowy.
Szły sobie śmiało środkiem ulicy,
Bo ruch niewielki był w okolicy.

W świąteczny ranek, biały, zimowy,
Nikt nie chciał z domu wychylać głowy.
I tak dotarły niespodziewanie
Na główne w mieście tym skrzyżowanie.
Tam stał policjant, zobaczył krowy.
Widok dla niego był to dość nowy:
„Co ? Krowy w mieście ? Skąd tutaj one ?
Kto je przygonił właśnie w tę stronę ?
Precz, idźcie na bok, głupie krasule!” –
Krzyknął policjant nie nazbyt czule –
„Tu nie pastwisko, tylko ulica,
Tu się nie wzdycha w świetle księżyca,

Gdy zza zakrętu auto wyskoczy,
Gdy spod kół śniegiem sypnie wam w oczy,
Gdy silnik warknie, żartów nie będzie,
Więc uciekajcie stąd zaraz w pędzie !”
A na to nagle mu Eksportowa
Po ludzku rzecze: „Spokojna głowa.”
Policjant mruknął sobie pod nosem:
„Skąd krowa ludzkim przemawia głosem ?
Czy sen to jakiś, czy dziw nad dziwy,
By głos zwierzęcia był to prawdziwy ?
Stał tak policjant wciąż zamyślony,
Nie zauważył, że z drugiej strony

Jechał samochód pełen ziemniaków
Drogą na Lublin, może na Kraków,
Krów to zupełnie nie obchodziło,
Na skrzyżowaniu dobrze im było,
Więc z niego wcale schodzić nie chciały,
Choć im policjant prawił morały.
Widząc przed sobą krowy szalone,
Zaczął kierowca trąbić klaksonem,
Lecz Eksportowa rzekła te słowa:
„Może by warto się z nim spróbować ?”
„Oj, tak!” – odrzekły krowy z radością
Ze śliną w pyskach, w oczach ze złością.

„Pokażmy, kto tu rządzi w istocie,
Kto kogo zmoże w śniegowym błocie.”
Zwarły się w sobie calutkim stadem,
Tworząc z łaciatych ciał barykadę.
Samochód zaczął nagle hamować,
Lecz krowy stały twardo bez słowa,
Głowy uniosły groźnie do góry,
Kopyta wbiły w śnieg, jak pazury,
Samochód w poślizg wpadł na tym śniegu,
Z krowami zderzył się w pełnym biegu,
Lecz one tylko ugięły nogi,
Cały samochód biorąc na rogi.

Kierowca krzyczał, jak opętany,
Policjant mruczał tekst nam nieznany,
A z samochodu w pobliskie krzaki
Wpadały wielką lawą ziemniaki.
Po chwili stanął wreszcie na kołach
Podziurawiony pojazd dokoła,
Krowy zaś z błyskiem zwycięstwa w oczach,
Z sierścią błyszczącą, jak skóra focza,
Jakby przed chwilą nic się nie stało,
W głąb miasta dalej ruszyły śmiało.
Maszerowały jezdnią bez strachu
W kierunku rynku prosto na zachód.

W oknach budynków zaspane twarze,
Wyrwane z sennych, beztroskich marzeń,
Jedna po drugiej wnet poważniały,
Widząc niezwykły krów orszak cały.
Niektórzy nawet w samych piżamach
W zimowej porze wczesnego rana
Na przymrożone wyszli balkony,
By widzieć nogi, łaty, ogony.
Krowy dostrzegły ludzka reakcję.
Czując, że wielką tworzą atrakcję,
Stawały jeszcze bardziej się śmiałe,
Prężąc wkrąg ciała swe czarno-białe.

Chwil kilka marszu bez odpoczynku
I oto krowy są już na rynku.
Wodzą oczami po kamienicach,
Lecz widok fasad ich nie zachwyca,
Szukają szyldu wśród szyldów setki,
Na którym byłby napis „Skarpetki”.
Nagle Armata z nozdrzy strzeliła,
Potężna strzału była to siła,
Gdyż tuman śniegu wzbił się w powietrze,
Od ziemi stanął na drugim metrze
I w dół powoli opadał zaraz
Na krowie grzbiety, jak w łaźni para.

Skrzywiła mocno się Eksportowa:
„Czy coś, Armato, knujesz od nowa ?
Chcesz nas przestraszyć, czy zrobić kawał,
Może się jakaś zrodziła sprawa ?”
„Czy się zrodziła ?” – rzecze Armata –
„Popatrzcie tylko tam, gdzie ta krata
Zakrywa okno, a nad ta kratą
Pomalowany na popielato
Szyld wisi z jakże znanym wyrazem,
O którym długo myślimy razem,
Który od dawna sny nasze skraca,
Do niego zawsze pragniemy wracać.”

„Nic więcej nie mów” – krzyczą Ballady –
„Już go widzimy – ten napis blady”.
„Także Chudzina słabnącym głosem
Z zadowolenia szepcze po nosem:
„Nareszcie koniec męczącej drogi,
Cel tuż przed nami, odpoczną nogi.”
Mlekina znowu rozkojarzona
Nie słyszy, że już droga skończona,
Że tylko kilka metrów im trzeba,
By w środku sklepu sobie pogrzebać
W tysiącu różnych, barwnych skarpetek,
Spośród nich wybrać najlepszy zlepek

Na nogi włożyć, wyjść na ulicę,
Wywołać pełno ludzkich zachwyceń,
Innym zwierzętom też imponować,
By zobaczyły, co może krowa.
Ona znów myśli, nikt nie wie o czym
I rozmarzone przymruża oczy.

Zaraz, jak zwykle, znów Eksportowa
Musiała szybko interweniować
I cielskiem swoim dość atletycznym
Pchnęła Mlekinę na słup uliczny.
Mlekina nagle się otrząsnęła,
Trochę zdziwiona, że słup wygięła,

Lecz ze stłuczonym co nieco bokiem
Zaraz ruszyła dość raźnym krokiem.
Co z panem Mietkiem ? – ktoś może spytać,
Który, gdy jeszcze zaczęło świtać,
Ruszył śladami krowiego stada,
Chcąc ich zamiary tajne wybadać.
Szedł wiejską drogą, gdy nagle dostrzegł,
Że traktor stoi drogi tej w poprzek.
Tuż obok Jasiek wściekły, jak osa,
Przy nim też Franek, to Jaśka sąsiad,
Zmęczeni bardzo, bo w śnieżnej bieli
Traktor wyciągać z rowu musieli.

„Co tu się stało ?” – Mietek ich pyta.
Rzecze mu Jasiek: „Krów dzika świata
Kroczyła drogą, gdy ciemno było,
Zmiatały wszystko z ogromną siłą
I traktor ze mną w rów ten wepchnęły,
Po czym w oddali z oczu zniknęły,
A jeszcze, dziwnym zrządzeniem losu,
Gadały do mnie w nasz ludzki sposób !”
„A to historia!” – powiedział Mietek –
„Pewno uciekły szukać skarpetek”
„Jakich skarpetek ?” – zdziwił się Jasiek,
Lecz Mietek tylko skłonił się w pasie

I poszedł dalej, gdzie krowie ślady
Szlak mu na śniegu znaczyły blady.
Tak dotarł prosto tam, gdzie stał pociąg,
A na przejeździe prawdziwy „kocioł”:
Straż, policjanci i dwie karetki,
Na torach żyta tkwią ziaren setki,
Wagon otwarty, trącony rogiem,
Jakby bój jakiś miał miejsce z wrogiem.
Z boku lekarze czynią starania,
By maszynistę zmusić do stania,
Bo przestraszony na torach siedział,
Jakby gdzieś w górach spotkał niedźwiedzia.

„Co tu się dzieje ? – Mietek znów pyta,
Strażak mu mówi: „Ledwie dzień świtał,
Gdy wściekłe krowy wstrzymały pociąg
I ze zwinnością nieomal kocią,
Zerwały plomby od drzwi wagonu,
Wdarły do środka się bez pardonu
I ogromnymi swymi pyskami
Napchały brzuchy żyta ziarnami.”
„Ach, tak” – pomyślał Mietek w tej chwili,
On dobrze wiedział, on się nie mylił,
Że to krów jego niesfornych sprawka,
Dla nich rozrywka, gierka, zabawka,

Lecz szkód już z tego widać niemało,
Oby się jeszcze gorsze nie stało.
Czas za krowami iść bez wahania,
By chuligańskie wstrzymać działania.
To, co pomyślał, tak też i zrobił,
Do krów złapania wciąż się sposobił,

Dalej więc ruszył w pogoń pan Mietek,
By miłośniczki pojmać skarpetek.
Szedł sobie dalej droga do miasta,
Wreszcie zmęczenia czas musiał nastać,
Chciał więc wejść Mietek do jakieś chaty,
By się gorącej napić herbaty.

Nagle zobaczył bar na poboczu,
Od razu lepiej cały się poczuł,
Wchodzi do baru, oczom nie wierzy,
Na ladzie blady sprzedawca leży,
Tuż obok lekarz mierzy ciśnienie,
Jakie sprawiło stan ten zdarzenie ?
Mówi sprzedawca słabiutkim głosem:
„Choć liczę sobie niemało wiosen,
Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło,
Aby się z krowią zapoznać siłą,
Która tu w barze się ujawniła,
Gdy krów szalonych grupa przybyła.

Rogami drzwi mi podziurawiły,
Poczułem mocno wzrok ich niemiły,
Zachciało im się pić coca coli,
Co miałem robić ? Piły do woli.
Wchłonęły całe moje zapasy,
Zaczęły ludzkim głosem mnie straszyć,
Z tego wszystkiego nerwy zawiodły,
Popadłem zatem w nastrój tak podły,
Że zdrowiu zaczął mi już zagrażać,
Byłem zmuszony wezwać lekarza”.
„Wszystko rozumiem” – szepnął pan Mietek –
„Ilu strażaków, ile karetek

Jeszcze sprowadzą te moje krowy ?
Czas skarpetkowe im przerwać łowy !”
Nie chciał już w barze grzać się herbatą,
Wybiegł na drogę nieco garbatą
I po tych garbach ku miastu zmierzał,
By przerwać figle wściekłego zwierza.
Tchu nie starczało, nogi się gięły
I skurcze mięśni już się zaczęły,
Lecz Mietek śmiało, mimo trudności,
Szedł aby wkrótce w mieście zagościć.
Był dość zmęczony, prawie się słaniał,
Gdy doszedł wreszcie do skrzyżowania.

Na nim, niestety, znów szkód bez liku,
Fatalne skutki krowich wybryków.
Samochód leży podziurawiony,
Ziemniaków w krzakach ze cztery tony,
Kierowca z nerwów cały się trzęsie,
Zęby mu dzwonią, jak szkło w kredensie,
Obok radiowóz i pogotowie,
Pewnie znów czyjeś ucierpi zdrowie.
Mietek nie czekał, szedł w stronę rynku,
By na gorącym złapać uczynku
Sprawczynie wszystkich czynów niegodnych,
Żądne noszenia skarpetek modnych.

Powróćmy jednak na rynek znany.
W czasie, gdy Mietek szedł tu zziajany,
Krowy do sklepu ze skarpetkami
Ruszyły szybko, tupiąc nogami.
Pod drzwi podeszły dumne, nadęte,
Lecz drzwi do sklepu były zamknięte.
Przecież wiadomo – dzień to świąteczny,
Handel w dniu takim był więc zbyteczny.
Krowom to jednak nie przeszkadzało,
Pukają w szyby rogami śmiało,
W drzwi kopytami tłuka brutalnie,
Mucząc dość groźnie, nienaturalnie.

Krzyknęła pierwsza z krów, Eksportowa:
„Gdzie się sprzedawca po kątach chowa ?
Niech zaraz szybko do sklepu wchodzi,
Bo dłużej zwlekać już się nie godzi,
Gdy tu na dworze stoją spragnione
Modnych skarpetek krowy zmęczone.
Tyle przeszłyśmy i z takim trudem,
Dotarcie tutaj było wręcz cudem.
A teraz mamy z kwitkiem stąd odejść ?
Wybij sprzedawco to z głowy sobie !”
Poparły zaraz ją inne krowy,
Chudziny głosik zabrzmiał matowy,

Armata z nozdrzy strzelała mężnie,
Ballady wszystkie grzmiały potężnie,
Nawet Mlekina nie zapomniała,
Po co pod sklepem na rynku stała.
Sprzedawca, który mieszkał na piętrze,
Słysząc te krzyki, zjawił się w swetrze
I pyta:” Co to za wrzaski w święta ?
Dziś sklep nieczynny, kłódka zamknięta.”
„Otwieraj zaraz” – grzmi Eksportowa,
To samo mówi kolejna krowa
I do drzwi tłoczą się jednocześnie.
Sprzedawca szepcze, jakby był we śnie:

„Czy to kto słyszał o takim cudzie,
By krowy mogły mówić, jak ludzie
I by do sklepu wszystkie się pchały ?
Zaraz połamią mi mój sklep cały !”
Aby kłopotów wnet nie napotkać,
Wpuścił sprzedawca krowy do środka.
Stanęły one wszystkie przy ladzie,
Każda ogonem macha po zadzie,
Każda kopytem podłogę skrobie,
Oczami łypią, patrzą po sobie.
Nagle odzywa się Eksportowa:
„Daj nam skarpetki, które tu chowasz,

Po cztery sztuki skarpetek nowych,
Podkolanówek pomarańczowych !”
Sprzedawca, widząc krów tłum upartych,
Zaczyna bać się już nie na żarty,
Gdy tak napiera krów dzika zgraja,
Zaczyna nagle jąkać się: „Ja…ja..”,
„Jakie znów jaja ?” – to Eksportowa
Zniecierpliwiona mówi te słowa –
„My jaj nie chcemy, jaj nie jadamy,
Skarpetki chcemy, bo ich nie mamy,
Przynoś je zaraz, gdyż czas ucieka,
My nie będziemy już dłużej czekać !”

Ale sprzedawca ze strachu sztywny
Znów tylko „Ja…ja..” w sposób przedziwny
Szeptał, nie mogąc wcale od razu
Innych wydobyć z siebie wyrazów.
Raptem strzeliła z nozdrzy Armata,
Sprzedawca zaczął po sklepie latać,
Potem się nawet czołgał pod ladą
I pokazywał twarz swoją bladą.
„Przestań już strzelać” – mówi Chudzina –
„Bo jeszcze cała minie godzina,
Zanim sprzedawca bać się przestanie.
Po co nam takie długie czekanie ?”

„Racja !” – odrzekły chórem Ballady –
„Nawet Chudzina ma dobre rady”
A Eksportowa w myślach przyznała:
„Chyba Chudziny nie doceniałam”.
Sprzedawca zaraz spokój odzyskał,
Jednak humorem wcale nie tryskał,
Znów zaczął mówić i to nie płynnie”
„Ja… ja skarpetki mam w magazynie”.
„To idź i przynieś je bez wahania,
Dosyć już mamy bezczynnie stania,
Niechże pracuje twa tępa głowa” –
Groźnie odrzekła mu Eksportowa.

Sprzedawca z twarzą ze strachu szarą
Znikł za bordową, grubą kotarą,
Zjawił się znowu, nieco spocony,
Dźwigając cztery duże kartony.
„Oto skarpetki” – rzekł do krów stada,
Na ladę zaraz wszystkie wykłada,
A krowy patrzą łapczywym wzrokiem,
Mruczą, aż drgają nozdrza szerokie,
Czekają chwili, gdy Eksportowa
Da sygnał, aby zaatakować,
By zanurkować w stos skarpetkowy,
Wszystko przetrząsnąć od stóp do głowy

Takie solidne, grube, błyszczące,
Na dni zimowe i dni gorące,
Na suszę, pluchę i zawieruchę,
Przed wiatrem każdym chronią podmuchem,
Na drogi wszelkie: piaszczyste, skalne,
Są to skarpetki uniwersalne.
Nie czas już jednak ich zalet mnożyć,
Trzeba je wreszcie zaraz założyć,
Lecz jak je wciągnąć na krowią nogę ?
Kopytem, zębem, ogonem, rogiem ?
Dumają krowy na tym problemem,
Mlekina chce się smarować kremem,

Armata mówi, by wziąć oleju,
Chudzina szepcze: „Trzeba nam kleju”,
A wszystkie razem mruczą Ballady,
By z maści sobie robić okłady.
Trwa minut kilka krowia rozmowa,
Nagle przerywa ją Eksportowa:
„Dosyć tych gadań, czas decydować,
Nich sam sprzedawca pozrywa metki
I nam założy wszystkim skarpetki !”
„Tak, tak !” – krzyknęła krowia gromada
I do sprzedawcy mówią: „Zakładaj !”
Sprzedawca zewsząd był osaczony
Przez krowie gęby, rogi, ogony,

Więc nic innego mu nie wypada,
Jak tylko krowom skarpetki wkładać.
Zmęczył się mocno tym zakładaniem,
Bo wiecie dobrze Panowie, Panie,
Że każda, nawet najmniejsza krowa
W czterech skarpetkach chce paradować.
Tak wystrojone krowy nareszcie
Wyszły ze sklepu, by iść po mieście,
Aby pokazać, że też są sprytne,
Że plany mają bardzo ambitne,
Że dobrze znają światową modę,
Na mróz i upał, na niepogodę,

Na śnieg i słońce, na noc gwiaździstą,
Na brudną drogę, na plażę czystą,
Na wszystkie takie różne warunki,
Na wszelkie stresy, lęki, frasunki
Najlepszym środkiem niezastąpionym,
Solidnym, pewnym, wszędzie sprawdzonym
Są, o czym wiedzą już ludzi setki,
Pomarańczowe, długie skarpetki.
Tak sobie właśnie myślały krowy,
Pewne, że znają już trend światowy,
Lecz ludzie byli innego zdania,
Twarze zmieniając nie do poznania,

Gdy zobaczyli ten orszak krowi
Do kolan cały pomarańczowy.
Wielkie robiły się wszystkim oczy,
Kiedy po rynku krów pochód kroczył.
We wszystkich bramach i na balkonach,
I na chodnikach, w grubych kordonach,
Stoją mieszkańcy tłumnie zebrani,
Niektórzy jeszcze dość niewyspani,
I patrzą sobie z zaciekawieniem
Na niecodzienne to wydarzenie.
Stanęła nawet z chorym karetka,
Aby oglądać krowy w skarpetkach,

A one dumne, pyszne, jak pawie,
Wręcz królowymi czuły się prawie,
Kiedy w centralnej miasta dzielnicy
Paradowały środkiem ulicy.
Wtem z naprzeciwka nadszedł pan Mietek.
Widząc ten cały pokaz skarpetek,
Przerwał od razu nastrój szałowy
I zganił ostro swe psotne krowy:
„Poznałem wasze sprawki po drodze,
Za to was wszystkie ukarzę srodze !
Zdejmijcie zaraz z nóg te potwory,
Natychmiast za mną marsz do obory !”

Na to zaśmiała się Eksportowa:
„Gdzie to chłop taki dziś się uchował,
Który, wśród własnej żyjąc zagrody,
Nie ma pojęcia o trendach mody,
Nie wie, co nosić powinna krowa,
Aby ją można dobrze hodować !”
Pan Mietek zmarszczył brwi dość poważnie,
Ku Eksportowej spojrzał odważnie,

Ona też dłużna nie pozostała,
W oczach jej iskra złości jaśniała.
Spotkały wrogie ich się spojrzenia,
Znieruchomieli wszyscy z wrażenia,
Zastygli, stoją, nikt się nie kiwa
I tu historia nam się przerywa,
Bo też pomyślmy, młodzi i starzy,
Czy mogło to się naprawdę zdarzyć ?