Znów jest w rodzinie Pierwsza Komunia
I postarzała się trochę Sunia,
Lecz już od rana merda ogonem,
Błyszczą jej oczy psotne, zielone.
Rodzina wyjazd planuje rano,
Gdy tylko zorze majowe wstaną,
Ale wziąć Suni każdy się boi,
Bo nie wiadomo, co znowu zbroi.
Już raz popsuła przecież w przeszłości
Tak wyjątkowe uroczystości,
Konia spłoszyła, gdy skubał trawkę,
Dziadka schwyciła też za nogawkę,
Tak się zaczęła w psotach rozpędzać,
Że rozgniewała nawet i księdza.

Teraz łapczywie zza ściany zerka,
Bo dziś Komunia Pierwsza Kacperka
I czeka tylko sposobnej chwili,
By ją do auta zabrać raczyli,
A wtedy spełni się jej marzenie,
Gdy oryginalne da przedstawienie.
Spełnić pragnienia łatwo nie będzie,
Wszyscy po domu w ciągłym są pędzie,
Na krzesłach suknie i garnitury,
Krawaty wiszą wokół, jak sznury,
Pod stołem leżą zamszowe buty,
A dziadek chodzi ciągle, jak struty
I krzyczy, sapiąc wielce wkurzony:
„Kto moje w kropki wziął kalesony ?!”

Prezentów też się weźmie bez liku:
Łańcuszków, książek, płyt, medalików,
A przy tym każdy bez przerwy gada,
Przez co się większy robi bałagan.
Ten straszny chaos i zamieszanie
Sprzyjają Suni niespodziewanie,
Bo nie spostrzegną niczyje oczy,
Jak sprytnie Sunia do auta wskoczy.
I kiedy wszyscy byli gotowi,
Nikt już zupełnie tym się nie głowił,
Gdzie się właściwie Sunia podziała,
Nikomu w oczy się nie rzucała.
Po chwili wreszcie w autach siedzieli
Ubrani w czerni, brązie i bieli,


Wokół woń perfum się unosiła,
Z tyłu się ciocia ciągle wierciła,
Bo gruby wujek bardzo szeroki
Siedząc, jej sukni przygniatał boki.
Nagle niewinnie pyta Ewunia:
„My tu jedziemy, a gdzie jest Sunia ?”
W tej chwili nastrój zniknął uroczy,
Każdy otworzył szeroko oczy,
Jak gdyby żywe widział kamienie,
W takie ogromne wpadli zdumienie.
Za moment wielkie wybuchły spory,
Kto się zajmował nią do tej pory ?
Dlaczego nikt jej nie przypilnował ?
Zaczęły ostre już padać słowa,
Gdy raptem, niby diabeł z podziemia,
Wypełzła Sunia wprost spod siedzenia,
Tata, ujrzawszy Suni oblicze,
Prawie wypuścił z rąk kierownicę,
Mama wydała okrzyk dziwaczny,
Wujaszek wydął swój brzuch pokraczny,
A z pogniecioną suknią ciotunia
Z przestrachem rzekła: Skąd tu ta Sunia ?
Co my z tym czarnym czortem zrobimy?
Na szosę przecież nie wyrzucimy,
Wracać do domu ? Na to brak czasu,
Wypuścić w pole albo do lasu,
To też nie wchodzi wcale w rachubę,
Gdzie później znaleźć kosmatą zgubę ?”
Rzekła więc mama: „Wyjścia nie mamy,
Znów musi Sunia pojechać z nami”.
Kiedy dotarli już do kościoła,
Reszta rodziny z daleka woła:
„Hej, chodźcie szybko, tutaj czekamy,
Msza się zaczyna, grają organy !”
Spotkała znów się cała rodzinka:
Stryjek z Torunia, Dziunia-kuzynka,
Nawet pradziadek prosto z Wielunia,
Którego lubi szczególnie Sunia,
Zwłaszcza, że kiedyś w porywie szału
Omal nie doznał przez nią zawału,
A dramatyczne to wydarzenie
Wprawiło Sunię wprost w uwielbienie.
Tymczasem wszyscy pod wpływem chwili
W pośpiechu z auta powychodzili,

A w środku Sunia została sama,
Lecz dla niej nie był to żaden dramat,
Bo szyba była na wpół otwarta,
Dla kosmatego, psotnego czarta
Nie była przecież żadną przeszkodą,
Do wyskoczenia najprostszą drogą.
W kościele wokół wielka powaga,
Nastrój podniosły ciągle się wzmaga,
Trwa uroczysta Pierwsza Komunia,
A tu na progu zjawia się Sunia.
Zabrała żywo wnet się do dzieła,
Uszy skuliła, cicho warknęła,
Aż odwrócili zebrani głowy,
Kolejny dramat był już gotowy.

Z ławki wybiegła najpierw ciotunia,
Półszeptem cedząc: „Idźże stąd, Sunia !”
Zabrzmiały słowa kuzynki Dziuni:
„Kto też pozwolił wejść tutaj Suni ?”
Spytała mamy zaraz Ewunia:
„Czy znowu skandal wywoła Sunia ?”
Wybiegła z ławek cała rodzinka:
Pradziadek, Stryje, tata, kuzynka,
Babcia i mama, a na dokładkę
Ewunia razem z jej własnym dziadkiem.
Za nimi, jakby bawiąc się w berka,
Biegli najbliżsi krewni Kacperka.

Wypadli w złości wprost na ulicę,
By tę kudłatą znaleźć psotnicę.
A Sunia starym swoim zwyczajem
Pod autem siedzi, znaku nie daje,
Szukają wszyscy Suni zawzięcie,
Właśnie stanęła na samej pięcie
Przy samochodzie kuzynka Dziunia,
Wtem wyskoczyła spod auta Sunia,
W zęby chwyciła bucik kuzynki
I pociągnęła, łykając ślinki.
Efekt żałosny był tego dzieła,
Dziunia, jak długa, na bruk runęła.

Gdy wszyscy biegli, by pomóc Dziuni,
Nowy się pomysł zrodził u Suni,
Znów, jak przed laty, by zażyć chłodu,
Do pobliskiego weszła ogrodu,
A tam przepiękne kwiaty petunii
Natychmiast stały się łupem Suni.
Zjawił się zaraz kwiatów właściciel
I krzyczy „Ludzie, co wy robicie ?!
Zabierzcie zaraz tego potwora,
Który mi z ziemi kwiaty wyorał,
Zrobiłem wczoraj tutaj porządki,
A teraz – proszę – zniszczone grządki.”
Cóż było robić ? Tata Ewuni
Zapłacić musiał za wyczyn Suni,
A ta ogromną miała ochotę
Na jeszcze jedną wymyślną psotę.
Susa więc dała szybko z ogrodu
I znów wróciła do samochodu.
Tam stał pradziadek, jej ulubieniec,
Cicho podeszła, niepostrzeżenie,
Gniotąc łapami króciutką trawkę,

Schwyciła w zęby jego nogawkę,
Pradziadek za to całkiem bezzębny
Zakrzyczał, jakby ktoś walił w bębny:
„Ratunku, zaraz weźcie ode mnie
To wyjątkowo wredne stworzenie !”
Rzucili wszyscy się do pradziadka,
Sunia miotała się, jak wariatka,
Wczepiła zęby w biedną nogawkę,
Jakby udawać chciała pijawkę,
W jednym zebrani byli tu zgodni:
Trzeba odciągnąć Sunię od spodni !
Złapali Sunię całym zespołem
I robią pokaz tuż przed kościołem,
Przed którym stoi cały tłum ludzi,
Patrząc, jak z Sunią bardzo się trudzi
Zdenerwowana cała rodzina.
Minęła przecież prawie godzina
I zamiast święcić ten dzień z Kacperkiem,
Z koszmarnym muszą walczyć terierkiem.
Wreszcie udało się schwycić Sunię,
Która zepsuła znowu Komunię
I , by uniknąć dalszych skandali,
Wszyscy do domu wnet odjechali.
Wręczyli przedtem szybko prezenty,
By się Kacperek nie czuł dotknięty.
Jechał samochód, a Sunia mała
Z zadowolenia pomrukiwała.
Niestety. w życiu często się zdarza,
Że się historia lubi powtarzać.