Raz się zjawił na podwórku
Tadzio z misiem na mundurku,
Krzyknął więc kolegów chórek:
„Tadziu, co to za mundurek ?
Czemu go na sobie nosisz ?
Czy ktoś ciebie o to prosił ?
Czy też sam go przywdziać chciałeś,
By zadziwić grono całe
Tych, co widzą cię na co dzień
Na ulicy i w ogrodzie,
Na boisku, w domu, w szkole,
W korytarzu i przy stole ?”
Tym pytaniem zaskoczony
Tadzio zrobił się zielony
I kołysząc się na pięcie,
Rzekł: ”Dostałem to w prezencie.
Wujek mój był raz w Londynie
I zobaczył tam w witrynie
Ten mundurek razem z misiem,
Więc pomyślał: „Widzi mi się,
Że to będzie radość dzika,
Gdy on trafi do Tadzika”.
W taki sposób ten mundurek
Trafił właśnie na mą skórę,
A ten miś jest na dodatek,
Lepszy on niż jakiś kwiatek.”
Ktoś zapytać może dzisiaj:
„Czemu właśnie nosi misia
Na mundurku swoim Tadzik,
Czy też kogoś się poradził,
Co z tym misiem robić dalej,
Czy go już nie nosić wcale
I go odpruć od mundurka,
Włożyć w piórnik lub do biurka ?”
Takie oto wątpliwości
Mogą powstać z ciekawości,
Bo ten miś – to postać właśnie,
Która, gdy się w nocy zaśnie,
Schodzi sobie wprost z mundurka,
Między książki daje nurka,
W nich tajemnych zaklęć szuka,
By udała mu się sztuka
Zmienić szybko Tadzia w misia
Jak najszybciej, nawet dzisiaj,
A samemu innym zostać,
Przybierając Tadzia postać.
Przez pięć nocy księgi drążył,
Aż zaklęcie znaleźć zdążył,
Które w pełni zapewniało,
By wymienić z Tadziem ciało.
Gdy dzień nowy wstał po nocy,
Czar zadziałał w pełnej mocy:
Oto wstaje z łóżka Tadzik
I nie bardzo sobie radzi
Z zakładaniem obu kapci,
Czym zdziwienie wzbudził babci.
Zaskoczeni są rodzice,
Dziadek nawet zbił donicę
Rozdrażniony tym zdarzeniem,
Co wprawiło w osłupienie.
Otóż Tadzik, moi mili,
W tej tak wczesnej ranka chwili
Oba kapcie w brązu tonie
Na obydwie włożył dłonie,
Po czym stanął wnet na rękach
I tak poszedł, gdzie łazienka.
Stopą drzwi otworzył sobie,
Stanął i się w głowę skrobie,
Myśląc, co tu zrobić trzeba,
By się w wannie wody nie bać.
Bo też rzec tu trzeba z żalem,
Że się miś nie kąpał wcale,
Tak więc kąpiel, choćby mała,
Wcale go nie pociągała.
A tymczasem babcia z dziadkiem
Pod łazienkę mkną ukradkiem,
Tuż za nimi tata z mamą
Zaskoczeni Tadzia zmianą.
Chcą podejrzeć swego syna,
Co nowego nawyczynia,
Patrzą przez drzwi uchylone,
A tam krany odkręcone,
Woda szumi w umywalce,
Tadzikowi mknie przez palce,
A on tylko krzywi szyję
I udaje, że się myje.
Pasta także nie ruszona
I szczoteczka wysuszona,
To dowody znakomite,
Że są zęby nie umyte.
Zawsze Tadzio taki czysty,
Słuchał ciągle rad dentysty,
A tu nagle taka zmiana
Zaszła w Tadziu dziś od rana.
Wszyscy aż zaniemówili,
Kiedy Tadzio w jednej chwili
Pomknął prosto na śniadanie.
Zobaczywszy pyszne danie,
Wydał z siebie jęk zawodu:
„Tego nie chcę, dajcie miodu !”
Dziadek się ogromnie zdziwił,
Babci nos się nieco skrzywił,
Tata aż poruszał uchem,
Jakby problem miał ze słuchem,
Mamie się ugięły nogi
Ze zdumienia albo z trwogi,
Bowiem dotąd Tadzik przecież
Miodu nie chciał za nic w świecie.
Teraz zjadał miód aż miło,
Że na rok by go starczyło,
Po czym syty i wesoły
Ruszył raźno wprost do szkoły.

Tam na lekcji geografii
Straszny błąd mu się przytrafił,
Kiedy, mówiąc o Afryce,
Rzekł, że leżą w niej Chojnice,
Że stolicą Chin jest Praga,
Że w Arktyce os jest plaga,
A najdłuższą rzeką Grecji
Jest ta, która płynie w Szwecji.
Pani, słysząc takie słowa
Pod stół chciała się już chować,
Kiedy nagle zabrzmiał dzwonek,
Kończąc teksty te szalone,
Które z misia ust padały
Powodując szok niemały.
W klasie wszyscy wkrąg uczniowie
Aż drapali się po głowie,
Wyjść nie mogąc ze zdziwienia,
Że tak Tadzik się odmienia.
Zawsze uczniowie był wzorowym,
Więc nie przyszło im do głowy,
Że ktoś bardzo uzdolniony
Takie może pleść androny.
Tuż po przerwie miś do dzieła
Ruszył, kiedy się zaczęła
Druga lekcja tego ranka,
Ta, na której drżą kolanka,
Oto wchodzi już do klasy,
Stuk wydają jej obcasy,
Wbija w uczniów wzrok swój dziki
Pani od matematyki
I po chwili bez litości
Udowadnia ich słabości.
Tadzio, który w ławce siedzi,
Pierwszy mknie do odpowiedzi.
Pyta pani: „Powiedz, bracie,
Ile boków jest w kwadracie ?”
Rzecze Tadzio grubym głosem:
„Musi być ich chyba osiem”.
Śmiech się rozległ w całej klasie,
Pani aż się zgięła w pasie,
Ale zaraz pomyślała:
„Skąd u Tadzia zmiana cała
I ton jego wypowiedzi
Zabrzmiał, jakby głos niedźwiedzi”
Kiedy lekcje się skończyły
Z rezultatem niezbyt miłym,
Miś, co przybrał Tadzia ciało,
Wprost do domu ruszył śmiało,
A po drodze w małym sklepie
Kupił, by się poczuć lepiej,
Czipsów cztery duże paczki,
Po czym wszedł w pobliskie krzaczki
I po cichu, tak bez słowa,
Wszystkie czipsy spałaszował.
A nam wiedzieć trzeba przecież,
Że miś ponad wszystko w świecie
Oprócz miodu lubił czipsy
W kształcie kółka lub elipsy,
Smaków wszystkich jadł po trosze,
Bo też czipsów był smakoszem,
Lecz w tym czasie, moi mili,
Dwaj koledzy go śledzili
I patrzyli podejrzliwie,
Jak miś czipsy jadł łapczywie.
Dziwne im to się wydało,
Bo wiedziała klasy całość,
Że też Tadzio, tak się składa,
Za czipsami nie przepadał.
Kiedy miś do domu wrócił,
Z dziadkiem prawie się pokłócił,
Bo wymyślił w sekund parę,
Aby sprzedać swą gitarę,
Tę basową, ulubioną,
Którą kiedyś mu kupiono,
By mógł sam systematycznie
Doskonalić się muzycznie.
Dziadek zrobił się nerwowy
W trakcie wspólnej ich rozmowy,
Bo kto słyszał, aby zaraz
Miała zniknąć ta gitara !
Czy już grać mu się znudziło,
Przecież na niej grał, aż miło
I co wieczór koncert dawał,
Więc skąd nagle taka sprawa ?
Tadzio zaś czarami spięty,
W ciele misia wciąż zamknięty,
Myślał nad tym przez godziny,
Jak ukrócić misia czyny.
Raptem wpadł na pomysł świetny,
Bardzo prosty i kompletny:
Musi zaklęć znaleźć słowa,
By sam siebie odczarować.
Wszedł więc teraz w rolę misia,
Na mundurku zrobił przysiad,
Wybił w górę się wśród nocy,
Na podłogę w dół zeskoczył
I już mknie do biblioteczki,
Gdzie są księgi i książeczki.
Tam zawzięcie w kartkach szpera,
Już do zaklęć się dobiera,
Wśród nich widzi jedno właśnie,
Które sprawi, że dziś zaśnie
Nie, jak miś, lecz jako Tadzik
I czar misia wreszcie zgładzi.
Jak pomyślał, tak i zrobił,
Miś mundurka już nie zdobił,
Bo też tego rozrabiakę
Schował Tadzik gdzieś pod krzakiem.
Z tej historii morał płynie,
Moi drodzy przyjaciele,
Że się w życiu nie zaginie,
Gdy się jest we własnym ciele.