Bez spadochronu, bez skafandra,
Przybyła wiosną Aleksandra.
Skąd przyleciała ? Nie z Księżyca
Ta biała, duża bocianica.
Sprawdziła sobie przedtem z góry,
Czy zimy widok znikł ponury
I gdy zupełnie pewna była,
Że łąka się zazieleniła,
Opadła na dół już gotowa,
Aby bezpiecznie wylądować.
A wiosna przyszła, jak co roku,
Ubrała drzewa w liście wokół,

Zbudziła w dziuplach rój wiewiórek,
Słowików utworzyła chórek,
A po zimowych dniach w zamieci
Kazała słońcu mocniej świecić.
Przy stawach wstały tataraki,
W nich skryły się zbudzone raki,
Ruszyły rzeki i strumyki,
W lasach żołędzie chrupią dziki,
Odżyły dęby, buki, graby,
W zielonych trawach skaczą żaby.
Po zimie żadna się nie chowa,
Bo chcą się trochę rozprostować.

Tak rozbrykały się beztrosko
Na bujnej łące tuż za wioską,
Że nie myślały, iż coś może
Powodem stać się do zagrożeń.
Tymczasem obok, niedaleko,
Gdzie łąka kończy się nad rzeką,
Raptownie, niby błyskawica
Zjawiła się ta bocianica.
To Aleksandra, czyli Ola,
Przybyła na przestronne pola,
Na nasycone wodą błota,
Gdzie żaby się lubują w psotach.

Tu bocianica, bez wątpienia,
Niemało będzie mieć jedzenia,
Bowiem niejedna żaba jeszcze
W bocianie może trafić kleszcze.
Wolno więc Ola sobie kroczy,
Szukając żab, wytęża oczy
I nagle widzi: jest zielona,
Dorodna taka, wykarmiona,
Łapami chlapie sobie w błocie,
Czy mogą lepsze być łakocie ?
Już miała Ola chwycić żabę,
Wtem nagle czuje, że zbyt słabe

Stają się jej bocianie szczęki,
Gdy widzi nadzwyczajne wdzięki,
Które jej żaba prezentuje,
Oczy przewraca, podskakuje,
Uśmiecha się ta żaba tłusta,
Szeroko otwierając usta.
Widząc niezwykłe żabie lica,
Zdziwiona pyta bocianica:
„Kim jesteś i jak masz na imię
I co tu robisz w tej krainie ? „
Odrzekła żaba miłym głosem:
„Możesz nazywać mnie Miłoszem,

A ciebie, jak zwą, moja droga ? ” –
Zapytał, wspiąwszy się na nogach.
„Ja Aleksandra mam na imię” –
Odrzekła w białym tonąc dymie,
Który przykrywać zaczął wszystko,
Gdyż obok wzniecił ktoś ognisko.
„Chodźmy stąd zaraz” – mówi Miłosz,
„By nam się ciało nie spaliło,
Pójdziemy dalej tam na łąkę,
Zapoznasz krowę i biedronkę,
O kilka innych też postaci
Swe znajomości dziś wzbogacisz.”

Ten pomysł musiał być ciekawy,
Bo Aleksandra, patrząc w trawy,
Szepnęła zaraz Miłoszowi:
„Chodźmy znajomych twych pozdrowić”.
Ruszył więc w drogę, gdy bzy kwitły
Duet ten raczej dość niezwykły.
Mieszkańcy łąki zadziwieni
Stawali, widząc, jak w zieleni
Brnęli po kostki i kolana
Miłosz i jego Aleksandra.
Tak doszli sobie, depcząc trawy,
Na stary mostek brązowawy,

Na którym w słońcu ogrzewała
Ramionka swe biedronka mała.
Gdy zobaczyła taką parę,
Zdziwiona była ponad miarę,
Bo też nikomu się nie śniło,
By z bocianicą chadzał Miłosz.
A on zaskrzeczał: „Czołem, Bronka !”,
Bo tak ta zwała się biedronka,
„Pozwól, że kogoś ci przedstawię,
Kogo poznałem dziś przy stawie,
Ta postać bardzo mnie zachwyca,
To Aleksandra – bocianica.

„Witam cię, Bronko” – rzekła Ola,
Przybyłam właśnie na te pola,
By, jak co roku, się dotlenić,
Pomieszkać tutaj do jesieni,
A na dodatek – niespodzianka,
Miłosz się zjawił tego ranka,
Chciał mi pokazać okolicę,
Pod słońcem w dzień i pod księżycem,
Gdy noc w ciemności świat przystraja,
Czy w porze lipca, czy też maja.
I właśnie na tym traw dywanie
Nasze zaczęło się zwiedzanie”.

„Podążę z wami” – Bronka rzekła,
„Na słońcu trochę się przypiekłam,
Aby więc trochę się ochłodzić,
Polatam, gdy będziecie chodzić”.
A tak naprawdę Bronka chciała
Zobaczyć, co się będzie działo,
Gdy inni, co na łące żyją
Zobaczą Olę z długą szyją,
A obok właśnie jej Miłosza,
Czy atmosfera będzie gorsza ?
Czy się przestraszą, czy oburzą,
Uśmiechną się, a może wkurzą ?

Tak rozmyślała sobie Bronka,
Aż przyszli razem do jeziorka.
Tuż obok sobie coś mruczało,
Z łaciatą sierścią wielkie ciało.
„Któż to ?” – spytała Aleksandra,
Miłosz jej rzekł: „To krowa Sandra,
Codziennie rano z nią się spotkasz,
Bo przyprowadza ją gospodarz
I pozostawia na tej łące,
Gdzie trawy świeże i pachnące,
Więc, czy jest słońce, czy deszcz pada,
Może je Sandra sobie zjadać.

Ujrzawszy Olę wraz z Miłoszem
Mruknęła Sandra grubym głosem:
„To najdziwniejsze z wszystkich zdarzeń:
Bocian i żaba w jednej parze
I Bronka w górze robi kółka,
To chyba jakaś tajna spółka !”
Gdy jednak Miłosz rzekła do Sandry
Coś o pobycie Aleksandry,
Ta zaraz w pełni zrozumiała,
Czemu ma służyć akcja cała
I zamruczała: „Idę z wami,
By razem z łąki mieszkańcami

Oglądać tak niezwykłą parę
Na własne krowie oczy szare.”
Ruszył więc orszak ten komiczny,
Choć w gruncie rzeczy sympatyczny:
Na przedzie gruby Miłosz człapie,
Wyciąga mocno łapy żabie,
Tuż obok Aleksandra wielka,
Z piórami w ciele, jak kołderka,
Na długich nogach czerwonawych,
Dostojnie kroczy poprzez trawy,
Nad nimi w górze Bronka lata
Z kropkami na czerwonych szatach,

A z tyłu ciągnie swoje ciało,
Ciekawa, co się będzie działo,
Łaciata Sandra, znana krowa,
Co się nie lubi nigdzie chować.
Gdy przeszli razem metrów kilka,
Ujrzeli w górze kształt motylka,
A obok drugi, jest i trzeci,
Skąd tu motyli tyle leci ?
Ich także mocno zaciekawił
Ten pochód, który się pojawił.
Pytają się więc w locie Bronki,
Skąd taki orszak pośród łąki,

A gdy poznały cel wyprawy,
Wzbiły się wyżej ponad trawy,
Spojrzały na dół i po chwili
Wszyscy w tej grupie razem byli.
Lecz oto słychać coś w szuwarach,
Wychodzi z nich jaszczurka Klara
I znów podobne ma pytanie:
„Skąd jest to całe zamieszanie ?”
Miłosz, jak innym, tak i Klarze
Wyjawił powód tych wydarzeń,
A Klara – postać to ciekawska,
Zaczęła swym językiem mlaskać,

Rzekła, że chcąc znać finał sprawy,
Przyłącza się do tej wyprawy.
Tymczasem gdzieś na końcu łąki,
Gdzie łubin swe wypuszczał strąki,
Zebrały wszystkie się bociany,
Powód zebrania dobrze znany:
By walczyć z nas gnębiącą chandrą,
Trzeba coś zrobić z Aleksandrą.
Czy to kto widział, by bociany
Z żabami wspólne miały plany,
Żeby chodziły wszędzie razem,
Wędrówek wspólną miały trasę ?

Takie problemy nie istniały,
Jak długo żyje ród nasz cały,
Takie to głosy słychać było,
Gdy słońce wolno zachodziło.
I czując, że już noc nadchodzi,
Zaczęły boćki się rozchodzić.
Każdy do gniazda swego wrócił,
Lecz już o świcie tu powróci,
By ważną skończyć tę naradę
I skarcić wreszcie Aleksandrę.
Nad rzeką inna jest narada,
Tam się zebrała żab gromada,

Każda z nich kumka coś po trosze,
Co zrobić z psotnym tym Miłoszem.
Bocian – to dla nas zagrożenie,
Trzeba uciekać przed nim w cienie,
A Miłosz w słońcu twarz wychyla,
Do bocianicy się przymila.
I aż dziw bierze, że też ona
Zupełnie jest zadowolona.
Leciutko sobie w trawach bryka,
Miłosza wcale nie chce łykać.
Lecz w miarę, gdy się noc zbliżała,
Stopniowo milkła wrzawa cała,

Temat Miłosza przestał kusić,
Bo żaba też spać kiedyś musi.
Zasnęły żaby i bociany,
Lecz nie nasz duet dobrze znany,
Gdyż Miłosz chciał pokazać Oli,
Jak księżyc w górę się gramoli,
By nocą blade światło wzniecić
I trochę łąkę tę oświecić,
Chciał, aby wznieśłi w górę oczy,
By czarem gwiazd się zauroczyć,
Bo Miłosz może nie był śliczny,
Lecz za to bardzo romantyczny.

A Aleksandra zachwycona
Skrzydlate wzniosła swe ramiona,
Widocznie, skoro się zgadzała,
Też taki sam charakter miała.
Tak przechodzili przez noc całą,
Lecz im widocznie było mało,
Sen zmorzył Bronkę i motyle,
Ucichły szpaki, kosy, gile,
Klara też śpi już o tej porze
I Sandra chrapie w swej oborze.
Spać poszła wcześniej cała świta,
A oni chcieli brzask przywitać.

Zbudzili przy tym cztery ważki
Te dwa niezwykłe, ranne ptaszki.
W oparach mgiełek popielatych
Wdychali kwiatów aromaty,
A potem nieco już zmęczeni
Zasnęli zgodnie wśród zieleni.
Ocknęli się po trzech godzinach
I Miłosz mówić znów zaczyna:
„Jesteśmy tu na łąki brzegu
Tuż obok pięknych drzew szeregu,
To właśnie jest początek lasu,
Spędźmy więc w nim choć trochę czasu,

Tam poznasz w cieniu drzew zielonych
Kolejną grupę mych znajomych”.
Gdy poprzez sosen szli korzenie,
Budzili wokół zadziwienie
Tych wszystkich, których tu spotkali,
A Miłosz wszędzie Olę chwalił,
Lecz drżące mu szeptały sarny:
„Twój los z pewnością będzie marny,
Krewni się twoi nie zachwycą,
Gdy będziesz chodzić z bocianicą”
Przestrzegał go też lis rudzielec:
„Nie zdziałasz ty, Miłoszu, wiele,

Gdy się z bocianem zechcesz zbratać,
Może ci złego figla spłatać”.
Zamruczał niedźwiedź – smakosz miodu:
„Bocian – to wróg żabiego rodu”,
Lecz Miłosz ich nie słuchał wcale
I z Aleksandrą brnął wytrwale
Przez leśne dróżki, korytarze,
Przedstawiał Oli nowe twarze:
Wiewiórkę Basię, sowę Melę
I innych też postaci wiele,
Aż w końcu, kiedy się zmęczyli,
Musieli trochę się posilić.

I tu pojawia się pytanie:
Co jadła Ola na śniadanie,
Także na obiad i kolację,
Gdy prezentował wciąż atrakcje
Niezwykły Miłosz – żaba tłusta,
To on odmienił Oli gusta.
Namówił ją, by więcej mięsa
Do ust nie wzięła ani kęsa.
Czyż nie są smaczne trawy, zioła,
Pełno ich tutaj dookoła,
Na łące w lesie, obok krzaków
Czeka szeroka gama smaków.

I gdy oboje jeść zaczęli
Od poniedziałku do niedzieli,
Poczuli razem czar rumianków,
Mleczów, stokrotek i tymianku,
Mięta im też zasmakowała,
Taki kojący zapach miała.
I tak z dnia na dzień, i po trosze
Stawała Ola się jaroszem.
Dlatego Miłosz zielonkawy
Mógł z nią wędrować bez obawy.
Tak minął maj i czerwiec cały,
Lipiec też skończył się wspaniały,

Tajemnic tyle łąka kryła,
Że Ola tu się nie nudziła.
Tymczasem co dzień nad wieczorem
Żab i bocianów grupy spore
Na przeciwległych łąki końcach,
Przy ciemniejącej tarczy słońca,
Naradę prowadziły głośną,
Jak tu rozdzielić tę nieznośną,
Upartą i dziwaczną parę,
Która zasady burzy stare,
By wreszcie Miłosz grę tę skrócił
I do żabiego grona wrócił,

I aby w końcu Aleksandra
Znów do bocianów weszła stada.
Narady jednak nic nie dały,
Bo pomysł taki doskonały
Niełatwo rodzi się od zaraz,
Zwłaszcza gdy wszyscy mówią naraz.
Lecz męczyć już się nie musieli,
Bo gdy się sierpień w polu ścielił,
Szepnęła do Miłosza Ola:
„Taka jest już bociania dola,
Że gdy się z wolna kończy lato
I mgłę się widzi popielatą,

Czas kończyć pobyt tu, na łące,
W krainy lecieć znów gorące,
Przed zimą trzeba mi umykać
Tam, gdzie roztacza się Afryka.
Bardzo, Miłoszu, ci dziękuję,
Ze się mną stale opiekujesz,
Że byłeś przez dzień każdy cały
Mym przewodnikiem doskonałym,

Lecz nie martw się, bo gdy śnieg zginie,
Wnet się pojawię w tej krainie
I zachwycimy się znów razem
Pięknym, łąkowym krajobrazem.
To rzekłszy, rozwinęła skrzydła
I w chmurach z bocianami znikła,
A Miłosz dumny ze swej roli
Poczłapał do swych żab powoli.

I choć tak tylko w bajkach bywa,
Nauka dla nas stąd wypływa,
Że chociaż wielkich wrogów macie,
Wśród nich jest zawsze gdzieś przyjaciel.